James Rodriguez po 60 dniach przerwy spowodowanej kontuzją wrócił w niedzielnym spotkaniu przeciwko Sevilli na boisku. Mimo że jego Real Madryt przegrał ten mecz, sam Kolumbijczyk może uznać swój powrót do gry za udany. James strzelił gola i rozruszał grę „Królewskich”. Wydaje się, że były gracz Monaco jest brakującym w ostatnich tygodniach ogniwem, które wreszcie pozwoli Realowi grać nie tylko skutecznie, ale i ładnie dla oka.

Przed kontuzją James zagrał tylko w dwóch meczach w tym sezonie. W zremisowanym bezbramkowo ze Sportingiem Gijon w pierwszej kolejce oraz tydzień później przeciwko Realowi Betis. Mecz ten „Królewscy” wygrali 5:0, przy bardzo dużym udziale samego Kolumbijczyka, który strzelił dwie bramki i zanotował asystę. Wydawało się, że w kampanii 2015/2016 James będzie dla Realu jeszcze ważniejszy niż w poprzednim sezonie. Los zdecydował jednak inaczej.
Kontuzji naderwania mięśnia uda doznał Rodriguez 8 września w meczu swojej reprezentacji przeciwko Peru. Początkowe doniesienia mówiły o 4-tygodniowej przerwie. Jak się okazało, czas ten wydłużył się dwukrotnie. Na boisko James wrócił po równo 60 dniach. Jakie były te dni dla Realu Madryt? Z pewnością trudne. Co prawda podopieczni Beniteza pierwszy raz w tym sezonie przegrali dopiero z Sevillą, ale styl, w jakim grali, pozostawiał wiele do życzenia. Nudna, schematyczna gra. Isco, który w ostatnim czasie więcej kręcił się w kółko, niż rozgrywał. Brak drugiego, obok Jamesa, kreatora gry – Modricia. Cofanie się i bronienie wyniku przeciwko drużynom, które powinny po spotkaniu z Realem lizać rany przez kilka tygodni. Dużo było, zarówno wśród kibiców, jaki i w mediach, narzekań na zbyt defensywną grę Realu, brak polotu, fantazji, wbijania rywalom gola za golem.
Benitez jest pragmatykiem. 2:1 ma dla niego takie samo znaczenie jak 6:1. Kibice mają inne zdanie. Chcieliby oglądać Madryt triumfujący, wbijający przeciwnika w ziemię. Rafa swojej wizji Realu zapewne nie zmieni. Jednak właśnie powrót do gry Jamesa jest tym, co może dać radość fanom „Królewskich”. James słynie bowiem ze swojej nieszablonowości. Nawet wobec defensywnej taktyki Beniteza jest on gwarantem co najmniej kilku ciekawych podań penetrujących linię obrony rywala, dokładnego dośrodkowania czy wreszcie efektownego strzału. Kolumbijczyk w Realu przede wszystkim kreuje, zaprasza kolegów do gry, zaraża ich swoim południowoamerykańskim entuzjazmem. James widzi. 27 minut, które spędził na boisku w starciu z Sevillą, były miłą odmianą. Po tygodniach, w których mający kreować grę Isco wykręcał 125. kółeczko i mijał 98. przeciwnika, pomijając lepiej ustawionych kolegów, powrócił James, piłkarz, który zawsze ma głowę w górze, który dostrzega najmniejszy ruch partnera i jest w stanie dograć piłkę dokładnie tam, gdzie tamten się jej spodziewa. Od razu wyjaśnię: nie twierdze, że Isco jest złym piłkarzem. Twierdzę natomiast, że brak konkurencji w ostatnich tygodniach namieszał mu nieco w głowie. Częściej niż dla Realu grał dla siebie.











