Co tu dużo mówić? Wygrana z Irlandią Północną była obowiązkiem, remis z Niemcami każdy by brał w ciemno. Teraz zostaje tylko niedosyt, bo gdyby Milik miał troszkę lepszy dzień, to świętowalibyśmy już wyjście z grupy. I to pewnie z pierwszego miejsca. Matematycznie nadal musimy walczyć o swoje, ale jest dobrze. Polska wyrosła na wielką drużynę!
Śmieszą mnie komentarze typu „taka słaba Irlandia, a my tylko 1:0”. Spójrzmy na Ukrainę – niby dobry mecz z Niemcami, a z „Zielono-Białą Armią” znowu dwie bramki w plecy. Ta „słaba” Irlandia wygrała swoją grupę kwalifikacyjną, tylko raz schodząc z boiska z opuszczonymi głowami. OK, może to nie jest zbyt przekonujące, bo ich rywale nie byli zbyt wymagający. Niedzielny mecz jednak pokazał, że może nie są oni piłkarską potęgą, ale gra się z nimi bardzo trudno. Nam udało się przebić przez ten siedmio- lub czasem nawet więcej osobową fortecę i zgarnąć historyczne trzy punkty. Może pomógł nam trening z „Wyspiarzami” podczas eliminacji? Na pewno dało to naszym „Orzełkom” sporo doświadczenie. Równie cenne były lekcje z Niemcami, z których odrobiliśmy pracę domową.
Prezes Boniek ma rację – Polacy nie potrafią racjonalnie podchodzić do meczów. Z Irlandczykami, gdzie trzy punkty były, bądź co bądź, obowiązkiem, każdy czekał na potknięcie. Przychodzi mecz z Niemcami – oczekiwania nagle rosną. Wierni po zwycięstwie, dumni po remisie. Co to za podejście? Przecież na dobrą sprawę porażka z „Die Mannschaft” była nam przypisana od razu po losowaniu. To prawda, raz się udało z nimi wygrać, choć wynik był znacznie lepszy od gry. Za drugim razem było odwrotnie – graliśmy dobrze, punkty zostały we Frankfurcie. No ale szanujmy się, to są MISTRZOWIE ŚWIATA! Drużyna turniejowa, która jakich by nie zagrała eliminacji czy meczów towarzyskich, zawsze będzie faworytem do zwycięstwa!
Wygrać z Niemcami? Please…
Osobiście twardo stawiałem na remis w tym spotkaniu, choć przyznam szczerze, że sam w to nie wierzyłem. Wydawało mi się, że wisi nad nami jakaś klątwa, że nie potrafimy grać na tych wielkich imprezach, a los jeszcze jak na złość zawsze przydziela nam tych parszywych Niemców, którzy „na koniec i tak zawsze wygrywają”. Tylko szaleniec mógł myśleć, że dziś wygramy. Jak jeszcze pojawiły się składy, a tam Hummels… Pomyślałem, że o bramki będzie tego wieczoru trudno. I nie myliłem się, były już kapitan Borussii potwierdził, że jest jednym z najlepszych stoperów na świecie: nic nie przechodziło przez jego strefę, a gdy już przytrafił mu się jakiś błąd, szybko go naprawiał. Klasa.
Ale po drugiej stronie boiska my też mieliśmy naszego profesora. Był nim Michał Pazdan. Z „Pazdim” bywało różnie – raz go chwaliliśmy, raz po nim jechaliśmy, często zastanawialiśmy się, czy zasłużył na miejsce w składzie. Ale to, co pokazał w czwartkowy wieczór, było genialne. 80% celnych podań, siedem przechwytów piłki, cudo. Jak dołączymy niego tego bezbłędnego Glika, dwóch bocznych obrońców, którzy z minuty na minutę coraz śmielej poczynali sobie na połowie rywala, i prawie bezrobotnego Fabiańskiego, który i tak popisał się dwiema ważnymi interwencjami, otrzymamy cenny punkt na wagę awansu. Do ostatnich minut drżałem o wynik, ciągle przed oczami miałem rok 2006 i bezradnego Artura Boruca. Ale nie, po raz kolejny udało się zrobić psikusa, podkreślam, złotym medalistom mistrzostw świata!










