Wczorajszy mecz na szczycie Fortuna 1. Ligi zapowiadał się bardzo ciekawie i nie zawiódł oczekiwań fanów tych rozgrywek. Świetne widowisko stworzyli wczoraj przy al. Piłsudskiego zawodnicy Widzewa Łódź i Korony Kielce. Kibice tych pierwszych niestety nie mogą być zadowoleni. Widzew przegrał 1:2 i kolejny raz nie wykorzystał wielu klarownych sytuacji bramkowych.
Słaba skuteczność widzewiaków ma miejsce już w drugim meczu domowym z rzędu. Nieco ponad tydzień temu przy okazji starcia z Puszczą Niepołomice „Czerwono-biało-czerwoni” nie wykorzystali dogodnych sytuacji, które mogły ułożyć mecz na ich korzyść, ostatecznie i tak udało im się wygrać po bramce Daniego Villanuevy w 93. minucie spotkania. Wczoraj taka sytuacja się nie powtórzyła i łodzianie przegrali spotkanie, którego nie mieli prawa przegrać.
– Powiem to, co powiedziałem w szatni zawodnikom. Zostało kilka tygodni, tylko cztery mecze. Z taką grą, z tym co dzisiaj pokazaliśmy i jeśli poprawimy skuteczność to wierzę, że zrealizujemy to, o czym wszyscy marzymy. Musimy być spokojniejsi w tej ostatniej fazie akcji. Wykańczać wszystko, co sobie wypracujemy. Nie możemy popełniać też takich prostych błędów jak przy drugiej bramce.
– Teraz najważniejsze jest, żebyśmy się zjednoczyli pomimo tego wyniku, który boli nas wszystkich. Nie mamy do drużyny pretensji. Tak, jak walczyliśmy dzisiaj i jak dominowaliśmy, to powinniśmy ten mecz zamknąć już w pierwszej połowie. Tego oczekujemy. W meczu derbowym musimy zagrać taki sam futbol jak dzisiaj – z takim charakterem, z taką determinacją i z taką prędkością gry. Wiem, że drużynę na to stać – powiedział na pomeczowej konferencji trener Widzewa, Janusz Niedźwiedź.
Widzew bez napastnika
W łódzkiej drużynie od 1. minuty na pozycji nr „9” wystąpił Karol Danielak. Nie można powiedzieć, że był to zły występ. Były piłkarz Podbeskidzia Bielsko-Biała starał się, walczył i zanotował kilka niezłych rajdów. Nie zmienia to jednak faktu, że nie jest on typową „dziewiątką”, egzekutorem, którego zadaniem jest strzelanie goli hurtowo. Danielak wystąpił na tej pozycji z konieczności. Bartłomiej Pawłowski usiadł jedynie na ławce, a Bartosz Guzdek, Przemysław Kita i Mattia Montini nie znaleźli się nawet w kadrze meczowej z powodu urazów. Na ostatnie kilkanaście minut spotkania Pawłowski wszedł z ławki rezerwowych, ale nie był to zbyt udany występ. Wydaje się, że były piłkarz Śląska Wrocław zbyt mocno chciał wziąć sprawy w swoje ręce, co w większości przypadków kończyło się stratami. Wszyscy w Łodzi liczą jednak, że Pawłowski wróci do dyspozycji sprzed kontuzji, a pozostali napastnicy .











