Po losowaniu grup mistrzostw Europy Węgrzy nie ukrywali, że trafili najgorzej, jak mogli. Do turnieju awansowali dopiero po barażach, a mieli w nim rywalizować z Portugalią, Francją i Niemcami. Okazało się jednak, że nie tylko nie byli tzw. chłopcem do bicia, ale niewiele im zabrakło do wyeliminowania faworyzowanych Niemców.
Przez ponad 30 lat Węgrzy byli nieobecni na wielkich turniejach. Udało im się to ponownie dopiero przed pięcioma laty, dlatego stali się wielkim beneficjentem powiększenia mistrzostw Europy o osiem drużyn. Spodziewano się, że sam awans na Euro rozgrywane we Francji będzie szczytem możliwości zespołu prowadzonego wówczas przez Bernda Storcka. Węgrzy okazali się jedną z rewelacji turnieju, choć w 1/8 finału Belgowie nie dali im żadnych szans.
Po pięciu latach można bez cienia wątpliwości uznać, że Węgrzy po raz kolejny nie mają się czego wstydzić. Co prawda tym razem nie wyszli z grupy, ale kto przed mistrzostwami zakładał zdobycie choćby punktu? Selekcjoner Węgier Marco Rossi po losowaniu grup na ME nawet nie ukrywał, że jego drużyna nie mogła trafić gorzej. Ostatecznie Węgrzy zakończyli rywalizację z Portugalią, Francją i Niemcami z dwoma oczkami na koncie.
Zabrakło niewiele
Przed turniejem tylko najbardziej niepoprawni optymiści mogli sądzić, że „Madziarzy” zdobędą choćby punkt. Nad Balatonem po cichu liczono jedynie na urwanie punktów Niemcom, zwłaszcza po ich głośnej porażce z Macedonią Północną. Sam Rossi cały czas jednak tonował nastroje. Celem prowadzonego przez niego zespołu miało być pokazanie się z jak najlepszej strony i zdobycie doświadczenia, cennego zwłaszcza dla młodszej generacji piłkarzy.
Tymczasem Węgrzy już po pierwszym meczu z Portugalią mogli czuć spory niedosyt. Porażka 0:3 teoretycznie chluby nie przynosi, ale do straty pierwszej bramki w 84. minucie węgierscy piłkarze dzielnie się bronili. Próbowali również wyprowadzać kontrataki i budować akcje ofensywne, co w dużej mierze spowodowało rozluźnienie w szykach obronnych.
Z tamtego spotkania szybko jednak wyciągnięto wnioski. W meczu z Francją linia defensywna wystrzegała się większych błędów, zaś podopieczni Rossiego dodatkowo dużo lepiej poradzili sobie w ofensywie. Efektem było objęcie prowadzenia z aktualnymi mistrzami świata. Francuzi strzelili wyrównującą bramkę dzięki indywidualnemu błędowi Endre Botki, który niefortunnie wybił piłkę pod nogi Antoine’a Griezmanna.










