W przypadku każdej dużej imprezy piłkarskiej są drużyny, o których mówi się głośno, oraz takie jedynie wspominane. Zdecydowanie najwięcej miejsca w mediach oraz rozmowach ekspertów i kibiców zajmują główni faworyci. Do nich zawsze zaliczają się obrońcy tytułów i nie inaczej jest w tym roku. Przyjrzyjmy się zatem, jak przedstawia się obecny mistrz Europy, reprezentacja Hiszpanii.
W najważniejszych turniejach piłkarskich na Starym Kontynencie drużyna z największego kraju Półwyspu Iberyjskiego obecna była niemal od zawsze. Zaprezentować się powinna już w pierwszym turnieju, który w 1960 roku organizowany był przez Francję. Jednak w ćwierćfinale będącym ostatnim etapem eliminacji Hiszpanie zrezygnowali z rywalizacji ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, umożliwiając Sowietom udział w rozgrywkach oraz zwycięstwo w nich. „La Furia Roja” odbiła to sobie później w mistrzostwach organizowanych przez siebie. W czterozespołowym turnieju w półfinale trafili na niezwykle mocną w tym okresie drużynę z Węgier. Do rozstrzygnięcia potrzebna była dogrywka, a gol Amancio Amaro w 115. minucie przesądził o promocji gospodarzy. Mieli oni już zapewniony srebrny medal, a na drodze do złotego czekali obrońcy tytułu, Sowieci. Mecz okazał się bardzo zacięty, a zażarta walka trwała do ostatnich minut. Gdy do końca brakowało zaledwie sześciu minut, Marcelino Martinez, pokonując Lwa Jaszyna, przesądził o zwycięstwie Hiszpanii i zdobyciu przez nią mistrzostwa Europy. Jednak wtedy dla „La Furia Roja” nastały bardzo chude lata. Przez 16 lat nie udało im się zakwalifikować do najważniejszego turnieju piłkarskiego na Starym Kontynencie. Kadra z Półwyspu Iberyjskiego nieco przebudziła się w roku 1984. Z problemami przeszła przez fazę grupową, aczkolwiek remisy po 1:1 z Rumunią, Portugalią oraz pokonanie 1:0 Niemców umożliwiło jej zwycięstwo w grupie. Również remisem 1:1 zakończył się półfinał, w którym dopiero po rzutach karnych Hiszpanie pokonali Duńczyków. Do powtórzenia sukcesu sprzed 20 lat brakowało jednej wygranej, finałowej wygranej z Francją. „Trójkolorowi” jednak okazali się za mocni. Nie tracąc żadnej bramki, strzelili dwie, odsyłając w ten sposób Hiszpanów do domu ze srebrem. Dla zawodników „La Furia Roja” ponownie nastały chude lata. Na każdym turnieju, na którym się pojawiali, prezentowali świetny, efektowny styl. Każda drużyna, którą zgłaszali, uprawniała ich do stawiania się w gronie głównych kandydatów do triumfu. Jednak z każdych rozgrywek odpadała najpóźniej na etapie ćwierćfinału. W związku z tym do Hiszpanów przylgnęło powiedzenie: „Gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”. Nie inaczej miało być przed czterema laty. Wieczny faworyt bez większych problemów przeszedł grupę, wygrywając kolejno: 4:1 z Rosją, 2:1 ze Szwecją i 2:1 z Grecją. Wtedy nadszedł feralny dla „La Furia Roja” etap ćwierćfinałów, w którym czekał odwieczny rywal, Włosi. Pięknie grający Hiszpanie nie poradzili sobie przez 120 minut ze słynnym catenaccio, przez co mecz rozstrzygnął się w rzutach karnych. O dwa trafienia lepsi okazali się gracze z Półwyspu Iberyjskiego, którzy przebrnąwszy feralną barierę, w strefie medalowej zmierzyli się z Rosją. Podbudowani rozgromieniem tej ekipy, przystąpili do rywalizacji finałowej z Niemcami. W niej padł jeden gol. A że strzelił go Fernando Torres, złoty medal po 48 latach przerwy wrócił do Hiszpanii.












