Szał? Głupota? Oderwanie od rzeczywistości? Czy może realia rynku i sytuacja, do której trzeba się powoli przyzwyczajać? No właśnie. Jak określić to, co działo się przez ostatnie dwa miesiące na europejskim rynku transferowym? Klubowych działaczy ewidentnie poniosło i odpalili wrotki, czyniąc z tego okna transferowego prawdziwą licytację, która wywróciła piłkarski świat do góry nogami. A to jeszcze nie koniec.
Kevin De Bruyne, Raheem Sterling, Otamendi, Martial, Di Maria, Benteke. Suma transferów? 340,6 miliona euro. Trzeba przyznać, że tego lata kluby nie brały jeńców i szalały na rynku transferowym tak, jakby klubowe sakiewki nie miały dna. Kiedy jednak spojrzy się na to z szerszej perspektywy, okazuje się, że działania te mają swoje solidne ekonomiczne podstawy i kluby mogą sobie najzwyczajniej w świecie na to pozwolić. Piłkarski biznes kręci się coraz lepiej i kluby z roku na rok odnotowują stabilny wzrost przychodów. Przykładowo londyńska Chelsea w sezonie 2012/13 uzyskiwała przychód na poziomie 303, 4 miliona euro (źr. Deloitte). Natomiast rok temu osiągnęła już liczbę bliską 388 milionów euro. Podobnie sytuacja wygląda z klubami z Manchesteru, gdzie City w sezonie 2012/13 miało przychód na poziomie 316,6 milionów euro, a United 423,8 milionów. W poprzedni sezonie liczby te wynosiły już odpowiednio 414,4 i 518 mln.
W tym wypadku należy jeszcze podkreślić, że tych sezonów nie obejmował nowy kontrakt telewizyjny ze Sky Sports i BT, które za możliwość pokazywania spotkań w latach 2016–2019 zapłaciły ponad pięć miliardów funtów. Wyobraźcie sobie, o jakich przychodach będziemy mówić, kiedy klubowe księgowe zainkasują już pieniądze z nowego podziału praw telewizyjnych. Szaleństwo.
To właśnie nowy kontrakt telewizyjny może być przyczyną letniego szaleństwa na Wyspach. Kluby wydały blisko dwa razy więcej niż cztery lata temu na transfery, a przed nami jeszcze zimowe okienko transferowe. Oczywiście jest ono o wiele mnie efektowne i kluby starają się tylko uzupełniać kadry, ale kilku głośnych transferów z pewnością możemy się spodziewać. Co ciekawe, kluby z Wielkiej Brytanii zaczęły również więcej zarabiać, a kierunkiem najczęściej wybieranym przez odchodzących piłkarzy była Hiszpania. W tym wypadku nie były to jednak transfery tak efektowne jak w przypadku Garetha Bale’a i Luisa Suareza, a raczej powroty piłkarzy, którym na Wyspach, po transferze z Hiszpanii, nie powodziło się najlepiej (vide Negredo, Soldado i Filipe Luis). Premier League przestała więc tracić czołowych graczy na rzecz Hiszpanii i sama stała się miejscem, gdzie największe gwiazdy się raczej skupuje, i to w hurtowych ilościach.
Nie można też przejść obojętnie obok faktu, że Premier League po raz kolejny wydawała najwięcej. Koniunkturę, oprócz największych z TOP 5, nakręcały również Tottenham, Newcastle i West Ham United, a średnia suma wydana na transfery wynosiła ponad 58 milionów euro (!).
Zaraz po Anglii najwięcej na transfery wydawano we Włoszech. Może to być o tyle zaskakujące, że kluby z Serie A nie należą do najbardziej stabilnych i multum zespołów z Półwyspu Apenińskiego boryka się z mniejszymi bądź większymi problemami finansowymi. Po słabszym zeszłym sezonie, kiedy to w Serie A wydano o wiele mniej pieniędzy niż zazwyczaj, mimo podpisania nowego kontraktu telewizyjnego, który był wyższy od poprzedniego o blisko 20% (niemal miliard euro za sezon), tylko sześć klubów wyszło na finansowym plusie i powinno to prowadzić do bardziej ostrożnej polityki transferowej i oglądania każdego wydawanego euro po kilka razy. Nic z tych rzeczy. We Włoszech znowu odpalono i kluby szalały latem podobnie jak w latach największej prosperity Serie A czy też czasów Lazio Sergio Cragnottiego z początku XXI wieku.











