Real zachowujący roztropność na rynku transferowym? Brzmi jak słaby żart, który w ostatnim czasie zaczyna jednak nosić znamiona prawdziwej rzeczywistości. Inaczej sytuacja wygląda przy rzece Manzanares, gdzie Atletico zaczyna zbroić się na potęgę. Simeone nie ukrywa, że drużyna potrzebuje wzmocnień i już niedługo może mieć do dyspozycji jedną z najmocniejszych formacji ofensywnych w Europie. Sprawdźmy, jak wygląda transferowe lato w Madrycie i dlaczego to Atletico, a nie ich bogatsi sąsiedzi z północy są w tym okienku aktywniejsi.
Z jednej strony kibice „Rojiblancos” powinni być z tego sezonu zadowoleni. Atletico utrzymało status jednej z ośmiu najmocniejszych ekip w Europie, w drużynie pozostał szkielet składu z mistrzowskiego sezonu 2013/2014, a piłkarze, którzy przyszli, w większości spełnili pokładane w nich nadzieje. Można jednak ulec wrażeniu, że na Estadio Vicente Calderon odczuwalny jest pewien niedosyt, a drużyna mogła z tego sezonu wycisnąć więcej.
Jasnym jest, że projekt Atletico rozwija się w odpowiednim kierunku. Przekonać się o tym będziemy mogli już tego lata, gdyż to właśnie po tej stronie Madrytu może być ono o wiele bardziej emocjonujące. Diego Simeone zna słabsze punkty swojego zespołu i wydawać się może, że przyjście 2-3 zawodników światowej klasy pozostaje kwestią czasu. Zacznijmy jednak od początku.
W ciągu ostatnich kilku dni coraz głośniej mówi się, że przygodę z Atletico powoli kończyć będą Miranda i Mario Mandżukić. I o ile pobyt Brazylijczyka można uznać za w pełni satysfakcjonujący, a jego odejście traktować jako zmianę pokoleniową, o tyle Chorwat nie do końca spełnił pokładane w nim oczekiwania. Do połowy lutego grał swoje, strzelał dużo bramek, jednak w decydującym momencie sezonu zaciął się i przestał powiększać swój dorobek bramkowy. Cerezo i spółka zrozumieli najwyraźniej, że z Mandżukiciem to oni świata nie podbiją, a że Juventus od dawna sygnalizował zainteresowanie reprezentantem Chorwacji, oba kluby rozpoczęły negocjacje. Efekt? 15 milionów euro + 3 zmiennych i Mario jest już jedną nogą w Juventusie.
10 milionów euro jest z kolei gotowy zapłacić za Mirandę Inter i zostało to uznane za dobry interes. Wszak trudno się temu dziwić. Brazylijczyk grałby coraz mniej, a para Godin-Gimenez wygląda na taką, której raczej nie należy rozdzielać. Konsensus z Interem osiągnięto więc szybko i wszystko wskazuje na to, że reprezentanta Brazylii będziemy oglądać na Giuseppe Meazza. Te transfery można jednak uznać za transakcje kontrolowane, a o zastępstwo nie będzie trudno, zwłaszcza że Atletico już ruszyło na polowanie.











