Od początku miesiąca coraz więcej mówiło się o szansach „Kogutów” na wygranie ligi. Zespół Pochettino trafił w lutym na dwóch mniej (Watford) i bardziej (Manchester City) wymagających przeciwników. Oba testy zdane pozytywnie, w tym ten dzisiejszy, iście sensacyjny, bo mający miejsce na terenie bezpośredniego rywala w walce o tytuł. Jak to się stało?
Dyskusję przed rozegranym późnym niedzielnym popołudniem spotkaniem zdominowały trzy aspekty: powrót po długiej rehabilitacji Vincenta Kompany’ego, wynik pierwszego meczu ligowego rozegranego między oboma zespołami i słaba forma Manchesteru City w starciach z czołówką.
To, jak istotnym elementem defensywy wicemistrza Anglii jest Kompany, najlepiej oddaje fakt, iż z nim w składzie podopieczni Manuela Pellegriniego stracili tylko jednego gola w tym sezonie (strzelonego przez Camerona Jerome’a). Oczywiście po dzisiejszej porażce liczba ta wzrasta do trzech bramek, ale i tak statystka jest jednoznaczna – City lepiej broni ze swoim kapitanem w składzie niż bez niego (co pokazuje poniższa tabelka).
Klub, który jest przyszłym pracodawcą Pepa Guardioli, uległ tydzień temu innemu pozytywnemu zaskoczeniu obecnej kampanii, Leicester City (1:3). Te dwie porażki na przełomie tygodnia w niesamowicie istotnych starciach pokazują stan rzeczy na Etihad i potwierdzają, że hiszpański trener nie przyjdzie tu na gotowe, bo potrzeba sporo pracy nad drużyną, w czym zagubił się nieco Pellegrini.
Pierwsza połowa hitowego starcia nie była tak ciekawa, jak wielu zapowiadało. Zespoły raczej wczuły się w klimat walentynek i nie chcąc sobie wzajemnie zrobić krzywdy, raczej starannie się sondowały, aniżeli poważnie atakowały. Sytuacji podbramkowych było mało, ale przebieg gry kontrolował Tottenham.
W drugiej części spotkania porzucono wszelkie uprzejmości i zabrano się na poważnie do roboty. No może poza arbitrem, Markiem Clattenburgiem, który jak się wydaje, niesłusznie podyktował rzut karny dla gości za zagranie piłki ręką w polu karnym przez Raheema Sterlinga.
https://twitter.com/e_spurs/status/698923162218663937
Na 1:1 wyrównał człowiek, który jest jednym z niewielu pozytywnych zaskoczeń tego sezonu w barwach „The Citizens”, czyli Kelechi Iheanacho.
https://twitter.com/therealfanatix/status/698928677220937728
Gdy już wydawało się, że obie ekipy z Top 4 podzielą się dyplomatycznie punktami, gola dla „Kogutów” zdobył Duńczyk Christian Eriksen. Warto zwrócić uwagę na zaskakującą (in minus) bierność obrony gospodarzy przy rajdzie ze środka pola Erika Lameli.











