Śląsk Wrocław podjął dzisiaj Legię Warszawa. Gospodarze i lider T-Mobile Ekstraklasy podzielili się punktami. Kibice zgromadzeni na Stadionie Miejskim we Wrocławiu obejrzeli wspaniale widowisko.

Już od pierwszych minut gospodarze starali się zdominować przyjezdnych. Długo rozgrywając piłkę starali się znaleźć drogę do bramki Dusana Kuciaka. Najbliżej w 6. minucie był kapitan WKS-u, Marco Paixao. Po wrzutce Stevanovicia oddał minimalnie niecelny strzał głową na bramkę Legii. Nawet jeśli piłka wpadłaby do siatki, to gol nie zostałby uznany, gdyż Portugalczyk był na pozycji spalonej. Widać było, że zapowiedzi trenera Pawłowskiego o wysokim atakowaniu liderów T-Mobile Ekstraklasy nie były rzucane na wiatr. Pomimo agresywnej postawy rywala to Legia stworzyła pierwszą idealną sytuację do otwarcia wyniku. W 9. minucie koronkową akcją popisali się warszawiacy, którzy szybko i sprawnie weszli w pole karne. Tam piłka trafiła na trzecim metrze do Ondreja Dudy, który jednak oddał strzał wprost w ręce Kelemena.

Po tej sytuacji podopieczni Berga pewniej zaatakowali Śląsk. W 18. minucie młody Słowak po raz kolejny nie wykorzystał idealnej sytuacji bramkowej. Nowy napastnik Legii z odległości pięciu metrów posłał piłkę wysoko ponad poprzeczką. Chwilę później swoją okazję miał Radović, jednak na posterunku czujny był golkiper Śląska. Słowacki bramkarz po raz kolejny obronił gospodarzy przed stratą bramki. Po tych dogodnych sytuacjach Legii do głosu doszli piłkarze w zielonych koszulkach. Motywowani przez trenera Pawłowskiego sprawnie wykorzystywali duże odległości pomiędzy formacjami Legii, starając się dostać do bramki warszawskiej drużyny. Mecz nabierał niespotykanego tempa, obie drużyny grały agresywnie i starały się wysoko zaatakować przeciwnika. W pierwszej odsłonie wrocławskiego spotkania zdecydowanie bliżej zdobycia prowadzenia byli „Legioniści”. Jednak drużyna Pawłowskiego, z debiutującym Flavio Paixao, niczym już nie przypominała chłopca do bicia prowadzonego przez Stefana Levyego.












