Throwback Thursday: jak przegrać sezon w tydzień, czyli Liverpool 2013/2014


Gdyby każdy sezon miał swój pomnik gdzieś w okolicach Anfield, przy tym z podpisem 2013/2014 fani codziennie zapalaliby świeczki. Liverpool miał tytuł na wyciągnięcie ręki, w szeregach najlepszy duet napastników oraz najlepszego gracza ligi, do tego doszła zabójcza forma w 2014 roku. I wszystko to, aby poślizgnąć się na ostatniej prostej.


Udostępnij na Udostępnij na

Wszystko, co dobre w tamtej kampanii, zaczęło się w letnim okienku transferowym 2013 roku, kiedy to fiaskiem zakończyła się saga pod tytułem „Suarez chce do Arsenalu”. Urugwajczyk miał wywierać naciski na klubie, aby ten pozwolił mu odejść. Kiedy światło dzienne ujrzała niepotwierdzona informacja, jakoby napastnik miał klauzulę w wysokości 40 mln funtów, z Londynu przyszła oferta w wysokości 40 mln… i jednego funta. – Co oni palą na tym Emirates? – pytał na Tweeterze właściciel „The Reds”, John Henry.

Suarez w klubie został, pewnie nie wiedząc jeszcze, jak niezwykły to będzie dla niego rok. Do drużyny dołączyli Sakho, Toure, Alberto, Aspas i Mignolet, odeszli zaś Carroll, Downing, Shelvey, Borini i Reina. Wielkich transferów nie było, najważniejszy ruch transferowy stanowiło przekonanie najlepszego piłkarza do pozostania na Anfield. Sezon czas zacząć. Oczekiwania? Jak zwykle mistrzostwo, ale trudno spodziewać się cudów po zajęciu siódmego miejsca w lidze kilka miesięcy wcześniej. Everton był szósty.

Jesień jak każda inna

Gdyby Liverpool cały sezon zagrał tak, jak rundę jesienną, prawdopodobnie ten tekst nigdy by nie powstał. Podopieczni Rodgersa grali dokładnie tak, jak zawsze: w kratkę i bez konsekwencji. Wygrywali z United, aby dwie kolejki później przegrać z Southamtpon, ulegali Hull, aby w kolejnych czterech kolejkach strzelić 19 bramek.

Suarez opuścił pierwsze pięć spotkań jako pokuta za zawieszenie jeszcze z poprzedniego sezonu. Kto się spodziewał, że zastąpi go Daniel Sturridge? Anglik ciągnął zespół tak, jakby był kapitanem z prawdziwego zdarzenia. W pierwszych dziewięciu kolejkach strzelił osiem goli. Kiedy wrócił Suarez, Sturrridge wcale się nie zatrzymał, a klub miał dwie armaty. Oczywiście do kontuzji młodszego ze snajperów: ten przed 13. kolejką zerwał więzadła w stawie skokowym.

Końcówka rundy jesiennej dla fanów z czerwonej części Merseyside to prawdziwy roller coaster. Wspominane przeze mnie 19 bramek w czterech, oczywiście wygranych, spotkaniach z rzędu zaprowadziło klub na pierwsze miejsce w tabeli. To była 17 kolejka. Dwie kolejne, kończące rundę i jednocześnie rok 2013, to porażki z Chelsea i Manchesterem City. Z pierwszej na piątą pozycję w stawce w zaledwie osiem dni – to potrafi zrobić chyba tylko Liverpool.

Liverpool, Suarez, Sturridge
fot. Squawka.com

Prawie The Invincibles

Mimo piątego miejsca na koniec jesieni pierwsza część sezonu zdecydowanie była godna pochwały. Duet Suarez-Sturridge zgromadził na swoim koncie aż 28 bramek, autorem 19 mimo pięciomeczowej absencji był Urugwajczyk. 19 bramek i 10 asyst w 14 spotkaniach, nie muszę nic dodawać.

Jesień była jedynie preludium do bajecznej wręcz wiosny. Pierwsze pięć spotkań 2014 roku nie zapowiadało burzy, jaka miała przejść przez każdy stadion, na który przyjadą podopieczni Berdana Rodgersa. Hull, Stoke, Villa, Everton i West Brom. Trzy wygrane i dwa remisy, 11 punktów na 15 możliwych – wygląda dobrze, ale na pewno nie niesamowicie. Aż w końcu 8 lutego przyszedł mecz z Arsenalem.

Szczęsny wpuścił cztery bramki w 20 minut, po połowie tego czasu Skrtel miał już na koncie dublet. Arsenal nie istniał, fani na Anfield Road szaleli z zachwytu, ich ulubieńcy rozbili drużynę Wengera 5:1 i rozpoczęli najwspanialszy ligowy marsz w tej dekadzie. Do 20 kwietnia wygrywali każde spotkanie, w 11 meczach strzelili aż 38 bramek. Na Liverpool nie było mocnych, a kulminacyjnym punktem tej drogi na szczyt było 3:0 na Old Trafford, kiedy to Gerrard mógł skompletować hat-tricka z samych rzutów karnych. Pomylił się raz, ale na 3:0 i tak podwyższył Suarez. Żyć nie umierać, Liverpool idzie po puchar.

https://www.youtube.com/watch?v=wl6iIgSvXZI

To był najgroźniejszy Liverpool, jaki przyszło nam oglądać od lat. Nieprawdopodobnie mocny w ofensywie, gdzie wspomagany przez Coutinho i Sterlinga superduet strzelców nawet nie myślał o tym, żeby się zatrzymać. Mocny środek pola z Gerrardem i Hendersonem. Wszyscy czterej pomocnicy strzelali i asystowali – dość powiedzieć, że w samej lidze w całym sezonie zgromadzili łącznie 31 bramek i 36 ostatnich podań.

Nieźle do drużyny wprowadził się Simon Mingolet, a błędy obrony nie były szeroko rozpatrywane – zwycięzców się nie sądzi. Do tego jeszcze dojdziemy. Jako że każda piękna historia kiedyś się kończy, również „The Reds” musieli poczuć w końcu smak porażki. Zanim jednak do tego doszło, wygrali arcyważny mecz z Manchesterem City.

Czerwona, poślizg i dziewięć minut

Najważniejsze starcie sezonu z miliona powodów. Po pierwsze, po wygranej 3:2 Gerrard i spółka wskoczyli na pierwsze miejsce w tabeli. Po drugie, była to już 34. kolejka, a więc mistrzostwo – na wyciągnięcie ręki. Po trzecie, kapitan (który przeżywał dziesiątą młodość w lidze, zdobył 13 goli, zanotował 15 asyst) mógł powiedzieć swoje słynne już słowa po meczu. Wysłuchajcie sami. Dodam tylko, że „slip” w tym tłumaczeniu znaczy „wyślizgnąć się”, ale ogółem również „poślizgnąć”. I w końcu po czwarte, Henderson dostał czerwoną kartkę.

Zostawmy, przynajmniej na razie, legendę z miasta Beatlesów, i skupmy się na Hendersonie. W tamtym sezonie był opoką drużyny, tym typem zawodnika, o którym mówi się najmniej, podczas gdy on sam robi najwięcej, pozwalając kolegom bawić się z przodu. Łącznik ofensywy z defensywą, skała środka pola.

Przez cały sezon tylko raz zszedł z boiska przed 90. minutą. Powiedzieć, że miał płuca ze stali to jak nic nie powiedzieć – on sam był płucami całej drużyny, katalizatorem, bez którego popisy Suareza i spółki nie byłyby w ogóle możliwe. Sergio Busquets Liverpoolu, tyle że z niezłym strzałem. A i obrońców za plecami miał słabszych, niż ma Hiszpan. Po wybitnie rozegranym spotkaniu w 93. minucie w końcu się pomylił. Dostał trzy mecze zawieszenia.

https://www.youtube.com/watch?v=nqv-nDLgLeQ

Cztery spotkania do końca, tylko jeden z rywalem z najwyższej półki. Po wygranej z Manchesterem przyszedł czas na Norwich, które nie bez problemów dało się pokonać, i w końcu na Chelsea. Na Anfield przyjeżdżał Mourinho, ten sam, który zakończył rundę jesienną Liverpoolu porażką.

Zadania defensywne Hendersona przejął Gerrard, którego mieli ubezpieczać Allen i Leiva. Takie ustawienie mogło się sprawdzić przeciwko każdemu, ale nie przeciwko ekipie portugalskiego magika, który jako główny cel postawił sobie wygraną z „The Reds”. Jego zespół nie grał już o nic. – Chelsea zaparkowała dwa autobusy – mówił po spotkaniu Rodgers. Do doliczonego czasu pierwszej połowy utrzymywał się wynik 0:0 i wtedy Steven Gerrard, kapitan zespołu… slipped.

https://vine.co/v/MdtvXj0rYQP

Ta sytuacja być może nie byłaby tak słynna, gdyby Liverpool to spotkanie przynajmniej zremisował – wcale nie musiał wygrać, trzypunktowa przewaga nad Manchesterem City zostawiała graczom z Anfield margines błędu. W końcówce jednak zmęczonego ciągłą pogonią rywala dobił Willian (po kontrze i strzale do pustej bramki już nikt już nie miał siły wracać), Chelsea zwyciężyła.

Liverpool mógł jeszcze liczyć na potknięcie Manchesteru pod warunkiem, że podopieczni Rodgersa zdobyliby wszystkie punkty do końca. 5 maja spotkali się z Crystal Palace, aby kompletnie zniszczeni psychicznie po porażce z Chelsea wygrywać 3:0 i stracić trzy bramki w dziewięć minut. Jak wygrywać, to wysoko, jak przegrywać, to spektakularnie.

Ostatni mecz sezonu z Newcastle nie miał już żadnego znaczenia. Największa od pięciu lat szansa na mistrzostwo przemknęła przez palce równie dotkliwie, jak dotkliwe były wszystkie szumne zapowiedzi. 5 maja puby w Liverpoolu mogły porównywać się poziomem ciszy z jeziorem Loch Ness. Sześć dni później „Obywatele” gładko ograli West Ham i sięgnęli po mistrzostwo Anglii.

https://www.youtube.com/watch?v=W6DLVPX50zI

Mecz samemu wygrasz, sezonu już nie

Po ostatnim gwizdku w meczu z Crystal Palace Suarez płakał jak bóbr. Niedługo potem odszedł do Barcelony, być może w obawie, że skoro nawet w tak nieprawdopodobnej formie nie zaprowadził swojej drużyny na szczyt, to nie podoła temu zadaniu już nigdy. Czy miał podstawy tak myśleć? Tego się nie dowiemy. Dziś Liverpool z Jurgenem Kloppem na ławce czeka na lepsze jutro. Już niedługo może wygrać Ligę Europy.

Dlaczego Rodgers i jego zespół nie podołali? Nie oszukujmy się, poślizg Gerrarda to wypadek przy pracy. Owszem, w złym momencie, ale jednak wypadek. Tak dysponowana Chelsea i tak prawdopodobnie nie wpuściłaby bramki. Nie ma co gdybać, warto przyjrzeć się temu, co faktycznie zabrało tamtej drużynie mistrzostwo.

https://www.youtube.com/watch?v=aJREpYEVYJE

Przede wszystkim taktyka „jeśli oni strzelają, strzelmy im więcej”. Nawet gdyby „The Reds” wygrali z Palace i zrównali się punktami z Manchesterem City, mieliby gorszy bilans bramkowy. Oba zespoły wbiły rywalom ponad 100 strzałów („Citizens” 102, Suarez i spółka o jednego mniej), jednak mistrzowie stracili w całym sezonie 37 goli, Liverpool natomiast… 50.

To olbrzymia liczba. Wystarczy spojrzeć w tabelę Premier League dzisiaj. Do końca pozostały maksymalnie cztery kolejki, a najwięcej goli z top 6 straciły Arsenal i Manchester City – po 34. Mistrz, wicemistrz czy nawet szósta ekipa musiałaby doznać trzech druzgocących porażek, aby w ogóle zbliżyć się do bariery 50 straconych bramek.

Słaba obrona? Raczej mało konsekwentna. Liderem był Skrtel, który sam siedem razy wpisał się na listę strzelców, jednak dołożył do tego aż cztery samobóje. Partnerowali mu Sakho, Agger bądź Toure, obaj o wiele mniej pewni, często popełniający błędy. Na bokach młody Flanagan oraz przeciętni Cissokho i Johnson. Zespół buduje się od defensywy, to jedna z najważniejszych zasad obowiązujących w piłce na najwyższym poziomie. Spójrzcie na dzisiejsze Leicester. 1:0, 1:0. 1:0. Liverpool czyste konto zachował tylko w 10 spotkaniach.

Rzecz nie mniej ważna to krótka ławka. Henderson nie miał klasowego zmiennika, co zmusiło Rodgersa do przesunięcia Gerrarda do defensywy. Starszy z Anglików cały sezon mógł szaleć z przodu, co dobrze oddawały liczby. Wiedział, że za sobą ma skałę, która to skała zresztą dziś nosi opaskę kapitańską. Kiedy legenda klubu cofnęła się, na efekt nie trzeba było długo czekać. Przecież to nie pierwszy raz, Gerrard nigdy defensywnym pomocnikiem nie był.

Liverpool, Klopp i mentalność zwycięzcy

Koniec końców, zawodnicy z Anfield przegrali z własną psychiką. Mecz z Chelsea miał olbrzymią stawkę, ale batalia z Crystal Palace mogła jeszcze coś uratować – przecież piłkarze Manchesteru City to nie roboty, nie musieli wygrywać wszystkiego do końca. Byli jednak bardziej konsekwentni. Rozegrali 57 spotkań w sezonie, „The Reds” tylko 43. Mimo tego Aguero i spółka pozwolili sobie na tylko jedną znaczącą porażkę – właśnie z Liverpoolem, który później sam wykopał pod sobą dołek o głębokości całego miejsca w tabeli.

Było tak dobrze, aby skończyło się tak źle. Kto pamięta przegranych? Tylko zwycięzcom daje się medale. Znam kilku fanów Liverpoolu – za puchar Premier League daliby się pokroić. Kto wie, może pod rządami Kloppa coś się zmieni? Były menedżer Borussii potrafi zaczepić w swoich podopiecznych mentalność zwycięzców. Jeżeli chociaż cząstka tego klubu wejdzie w jeszcze żółte serce niemieckiego szkoleniowca, być może doczekamy się sensacji. Na pewno większej niż Leicester.

W ostatnim odcinku Throwback Thursday wspominałem zmarnowaną karierę Adriano.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski