Kolejna kolejka T-Mobile Ekstraklasy rozpoczęła się w piątkowy wieczór. Zamiast fajerwerków dostaliśmy… klasyczne spotkanie naszej ligi. Sporo kopaniny, wiele niedokładności i jedną bramkę (nie z karnego!). Korona Kielce, mimo fatalnej pierwszej połowy, wygrała z Lechią 1:0.
Chyba nikogo w Polsce nie dziwią pustki na stadionach T-Mobile Ekstraklasy. W spotkaniu Korony Kielce z Lechią Gdańsk nie było lepiej. Było wręcz tragicznie. Większość stadionu była na tyle pusta, że kibice zamiast krzyczeć „druga strona odpowiada” musieli prosić o odpowiedź resztę stadionu. A co z wartością emocjonalną? To też już chyba norma. Przyjezdni pozwalali przeciwnikom na sporo, jednak ci nie potrafili tego wykorzystać. Natomiast „Złocisto-krwiści” jakby bali się zdecydowanie zaatakować, ugryźć rywali i „pobrudzić” ich krwią. Jeżeli tak gra drużyna, walcząca o grupę mistrzowską, to bardzo dziękuję za dodatkowych siedem kolejek naszej ligi. Inicjatywę z minuty na minutę przejmowali goście, którym jakby bardziej chciało się biegać.

Dużo lepsze okazje do strzelenia pierwszej bramki miał pomorski rodzynek w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Piłkarz Lechii stanął przy piłce i był gotowy uderzać ją z rzutu wolnego. Po tak soczystym (i rzadko spotykanym na krajowym podwórku) uderzeniu Wiśniewskiego, futbolówka odbiła się od poprzeczki, na co Małkowski odpowiedział zdecydowanym… staniem w miejscu, co chyba wskazuje na znakomite zagranie zawodnika.
Dobrych dziesięć minut później klarowną okazję miał Madera. Dośrodkowanie jednego z pomocników gdańskiej Lechii wylądowało na głowie Sebastiana i tylko przypadek (i bramka, która okazała się zbyt wąska o kilka centymetrów) sprawił, że piłka nie zatrzepotała w siatce. O „wyrównaniu” spotkania pokazują statystyki po pierwszej odsłonie. 3-14 w strzałach, 0-3 w celnych… Pozostawmy to bez komentarza.
Oblicze Korony od drugiej połowy miał zmienić Janota, który zmienił Markovicia tuż przed gwizdkiem sędziego. W 48. minucie Jacek Kiełb postanowił oddać mocne uderzenie w stronę bramki Bąka. Piłka minęła się z bramką, przelatując nad poprzeczką. W 54. minucie gospodarze oddali pierwszy celny strzał w meczu. Piłka odbiła się od nogi Trytki, a Mateusz Bąk postanowił dać od siebie bardzo dużo przy tej interwencji, wykonując niesamowitą paradę.
Trener Pacheta musiał użyć mocnych słów w stronę swoich piłkarzy. Korona ruszyła do ataku i w 56. minucie udało jej się otworzyć wynik spotkania. Futbolówka spadła pod nogi Vlastymira Jovanovicia na 18. metrze. Uderzenie w kierunku dalszego słupka okazało się nie do zatrzymania. Po chwili zobaczyliśmy kołyskę. Jovanović wyrastał tego dnia na gwiazdę meczu. Piłka ponownie wylądowała pod jego nogami w podobnym miejscu, co przy trafieniu bramki. Piłkarz oddał strzał, a Bąk z największymi problemami dał radę ją odbić nad bramkę.











