O niepowodzeniach Realu Madryt w bieżącym sezonie napisano już dużo. Bardzo dużo. Jednak wciąż nie wszyscy potrafią uwierzyć, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. W końcu on, wspaniały i nieomylny futbolowy pokerzysta, nie może być winny. Winna jest murawa, winni są sędziowie, winny jest Donald Tusk, winne są za małe zbiory ryżu w południowym Wietnamie, ale winny nie może być Jose Mourinho.
To, co się obecnie dzieje z Realem Madryt, nie jest żadną niespodzianką. Przewidział to jeszcze przed sezonem nasz czołowy publicysta, Piotr Dyga, pisząc tekst: O Mourinho i niszczeniu młodzieży. Wówczas spotkał się on z dość ostrą reakcją czytelników, dziś okazuje się, że była to prawda, cała prawda i tylko prawda.

W ostatniej kolejce Real Madryt zremisował bezbramkowo z Osasuną. Kto nie śledzi rozgrywek Primera Division, niech wie, że Osasuna to ostatnia drużyna w tabeli. Ten mecz pokazał słabość Realu Madryt, a także Jose Mourinho. Pokazał, że kiedy w Realu nie ma Cristiano Ronaldo, to zdobywanie bramek staje się równie „proste” jak wykręcenie śrubki za pomocą języka. Takie asy, jak: Gonzalo Higuain, Jose Callejon, Luka Modrić, Angel Di Maria czy wprowadzeni w drugiej połowie Oezil, Kaka i Benzema, zapomniały, jak się strzela gole. Z czego to wynika? Przecież w taki marazm nie popada się z dnia na dzień.
Real był wprowadzany w ten stan małymi krokami. Proces trwał bardzo długo i przypominał wyciskanie cytryny. W zeszłym sezonie została ona wyciśnięta tak mocno, że została już tylko sucha skórka. Wysuszeni – tacy są obecnie piłkarze „Los Blancos”. Brak im świeżości, brak iskry. To już nie są zawodnicy natchnieni do walki, to gracze, którzy nie wytrzymali tego, że z dnia na dzień na siłę pobudzano w nich niezdrowe emocje. Dziś pokazują je tylko wtedy, kiedy trzeba zwrócić uwagę sędziemu, że popełnia błędy, bo przecież kiedy gra Real, arbiter zawsze się myli. Priorytetem Mourinho zawsze był sukces, który uświęca środki.
Żeby prześcignąć Barcelonę, Mourinho wymyślał wojny psychologiczne. Żeby ją pokonać, zastosował strategię brutalności. To w końcu przyniosło efekty, kiedy w zeszłym sezonie Real został mistrzem Hiszpanii, ale co dalej? Może „Mou” postawił wszystko na jedną kartę, chciał wygrać ligę, triumfować w Lidze Mistrzów i zostawić drużynę geniuszów przypominających psychologiczne wraki komuś innemu. Nie udało się, bo cel nie został osiągnięty, Real nie wygrał Ligi Mistrzów. Teraz Mourinho musi ponieść konsekwencje swojej zeszłorocznej taktyki, przyjąć porażkę jak mężczyzna i wymyślić coś ekstra, co pozwoli powalczyć z Manchesterem United w 1/8 finału Champions League. Liga jest już stracona, bo zespół z Madrytu traci do lidera aż 18 punktów, więc pozostaje skupić się na europejskich pucharach, jednak w nich nikt nie da nikomu taryfy ulgowej.











