Śląsk Wrocław stoi przed nie lada wyzwaniem. Wrocławianie zajmują obecnie 16. miejsce w ligowej tabeli i są poważnie zagrożeni spadkiem. W sumie nie może być inaczej, gdy ostatnie ligowe zwycięstwo odnosi się w lutym. W tej kolejce do stolicy Dolnego Śląska przyjeżdża Radomiak Radom, więc żeby podtrzymać nadzieje o utrzymaniu w ekstraklasie w następnym sezonie, gospodarze muszą ten mecz wygrać. Na pierwszy plan wysuwa się jednak pytanie… czy drużynę kompletnie bezzębną, w której gra John Yeboah plus dziesięciu losowo zebranych zawodników stać na to, by zostać w elicie? Stało się to, czego nikt nie mógł przewidzieć. Jacek Magiera nie odmienił charakteru i gry drużyny, która przygotowywała się do meczu z Górnikiem Zabrze. Przy zmianach trenera często mówi się o mitycznym czasie, którego potrzebuje ów szkoleniowiec do wprowadzenia swojej filozofii gry. No i nowy – stary trener Śląska takowy dostał. Miał aż dwa dni! Pech w tym, że coś nie do końca zadziałało.
Gdzie leży problem?
Śmiało można powiedzieć, że wszędzie. Śląsk i tak od dłuższego czasu wygląda jak dziecko we mgle. Jak dziesięciu losowych ludzi kopiących piłkę. Dziesięciu, bo jednak nie będziemy deprecjonować umiejętności Johna Yeboaha. I tu można wysunąć pewną tezę: bez wiary we własne umiejętności i odpowiedniej mentalności trudno jest walczyć o postawione przed sobą cele. A z pewnością jednym z nich jest utrzymanie.
– Ostatnie mecze przede wszystkim uwypukliły brak liderów, o czym wprost mówi trener Jacek Magiera. W drużynie nie ma zawodnika, który brałby grę na siebie w trudnym momencie, a gol tracony na 0:1 to w zasadzie pewna porażka Śląska – mówi nam Karol Bugajski z Przeglądu Sportowego.











