Fakty są następujące: Śląsk Wrocław na przestrzeni kilku miesięcy zanotował dziewięć meczów z rzędu bez porażki. I co bardziej imponujące, aż siedem z nich zakończyło się zwycięstwem. „Efekt Lavicki”? Wyciąganie wniosków po kilku meczach może być oczywiście bardzo zgubne, jednak gdyby spojrzeć na poczynania wrocławian od początku pracy czeskiego szkoleniowca, nie ma mowy o przypadku. Ich ekstraklasa posiada aż nadto, ale akurat pozycja lidera należąca do WKS-u daje się w pełni uzasadnić.
Śląsk miał celować w górną ósemkę, ale… skoro apetyty rosną w miarę jedzenia, nikt nie zabroni nam powiedzieć (nawet pół żartem, pół serio), że wrocławianie idą po mistrzowską paterę! I to może jest zdecydowana przesada, bo za nami dopiero cztery serie spotkań, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że świetnie naoliwiona maszyna Vitezslava Lavicki wykolei się dopiero wtedy, gdy na Wrocław spadnie mordercza plaga kontuzji. W innym razie nie ma powodu do zmartwień (jeśli jest się kibicem Śląska rzecz jasna), a gdyby trzeba było już jakiś wskazać, nim byłaby pozycja napastnika (o niej szerzej tutaj). Koniec końców nawet ta wątpliwość zostaje poddana… w wątpliwość, bo WKS nie potrzebuje golleadorów. WKS ma Brozia!
Trent Alexander-Broź i ofensywna defensywa
Cztery, w świeżo rozpoczętym sezonie – w tylu akcjach zakończonych wpakowaniem futbolówki do siatki brali obrońcy Śląska Wrocław. Najpierw niezwykłą passę rozpoczął Dino Stiglec równie niezwykłym golem w meczu z Wisłą Kraków, a później zawtórował mu Łukasz Broź w spotkaniu z Piastem Gliwice. Potem nastąpił chwilowy „przestój”, bo żaden z defensorów nie wpisał się na listę strzelców w Warszawie, jednak wszystko wróciło do normy w Poznaniu. Łukasz Broź przyjeżdżając tam, stwierdził, że nie przystoi mieć przy swoim nazwisku tylko jednego trafienia (w założeniu na cały sezon), po czym zadecydował, że powalczy o koronę króla strzelców. Raz i dwa!











