Nie ma co ukrywać, że w tym meczu zdecydowanym faworytem była drużyna ze stolicy Hiszpanii, i chyba mało kto wierzył w to, że dalej awansują Niemcy. Pierwsze spotkanie pomiędzy Bayerem Leverkusen a Atletico Madryt potwierdziło, że „Aptekarze” potrafią radzić sobie w beznadziejnych sytuacjach.
Wydawało się, że „Rojiblancos” to jeden z pretendentów do wygrania Ligi Mistrzów. Diego Simeone nadał tej ekipie nowego znaczenia, charakteru i stworzył idealny twór, oparty na grze zespołowej. Ostatni mecz, w którym Atletico rozgromiło swojego największego rywala, Real Madryt, był lekcją futbolu na iście galaktycznym poziomie. Niedawna przegrana z Celtą wydawała się jedynie wypadkiem przy pracy, podobnie jak wpadka Bayeru z Augsburgiem, który stracił trzy punkty przez bramkę zdobytą na remis przez bramkarza rywali.
Od początku spotkania Bayer starał się udowodnić, że w tym starciu nie będzie tylko przeszkadzał rywalowi. Roger Schmidt nie wystraszył się i ustawił swój zespół bardzo odważnie. Przyniosło to profity już na samym początku spotkania, kiedy „Aptekarze” mieli kilka sytuacji do strzelenia bramki. Madrytczycy z minuty na minutę rozkręcali się. Do tego stopnia, że dwie przymusowe zmiany w końcówce pierwszej połowy przeszły praktycznie bez echa.
Po zmianie stron zespół z Bundesligi nadal nie odstawał od faworyzowanego rywala, notabene finalisty poprzedniej edycji Ligi Mistrzów. Bayer grał to, co lubi. Utrzymywał się przy piłce, a tyły były zabezpieczone, i to mimo kontuzji Omera Topraka. Po drugiej stronie boiska szalał natomiast dynamiczny Karim Bellarabi. Reprezentant Niemiec w 57. minucie wpadł w pole karne i mimo asysty trzech obrońców idealnie dograł do Hakana Calhanoglu, który mocnym strzałem pod poprzeczkę otworzył wynik.










