Przed meczem wszyscy zastanawiali się, czy można pokonać Barcelonę, grając jak Barcelona? Odpowiedź brzmi… tak! Pokazał to Arsenal, doprowadzając w ostatnim kwadransie meczu do wyrównania. Idąc za ciosem po raz drugi wpakował piłkę do siatki, poskramiając wielką Barcelonę. Świetny mecz rozegrał Szczęsny, który nie miał nic do powiedzenia przy bramce Villi, zanotował jednak kilka świetnych interwencji.
W przedmeczowych wypowiedziach obie drużyny nie kryły tego, że interesuje ich tylko zwycięstwo, a sposobem na uzyskanie dobrego rezultatu miało być zdominowanie przeciwnika. I tak też malował się obraz gry w pierwszych minutach. Oba zespoły nie próbowały jednak – jak to mają w zwyczaju – śrubować rekordów posiadania piłki (Barcelona ten sposób praktykowała dopiero po strzeleniu bramki), raczej starały się pominąć środek pola i zdecydowanymi atakami szybko pogrążyć rywala. Bliżsi celu po pierwszym kwadransie byli „Kanonierzy”, a konkretnie van Persie. Holender strzałem próbował wykończyć świetną akcję całego zespołu, ale trafił wprost w Valdesa.

Polskie media awizowały ten mecz jako pojedynek Messiego ze Szczęsnym. Pierwsza potyczka obu dżentelmenów miała miejsce w 15. minucie, kiedy to stanęli ze sobą oko w oko. Zwycięsko z tego starcia wyszedł Polak, do końca wyczekując Argentyńczyka, perfekcyjnie zasłaniając ciałem światło bramki – gwiazdor Barcelony posłał futbolówkę obok długiego słupka. Akcja ta rozbudziła apetyty gości. Dziewięć minut później po raz kolejny zmierzyli się wyżej wymienieni panowie, ale ponownie więcej powodów do radości miał Szczęsny, pewnie łapiąc piłkę. Nie udało się jednak za trzecim razem. W roli egzekutora nie wystąpił jednak Messi (był asystentem), a Villa. Hiszpan nie zwykł marnować sytuacji sam na sam i tak też było tym razem – w 26. minucie nie dał szans polskiemu golkiperowi, precyzyjnie wykorzystując podanie Argentyńczyka.
Gol znacznie uspokoił grę Barcelony, co nie znaczy, że Arsenal nie doszedł do głosu. Najlepszą szansę na bramkową ripostę miał w 29. minucie, pluć w brodę może sobie jednak van Persie, który zmarnował szybki kontratak swojego zespołu. „Duma Katalonii” do końca pierwszej odsłony meczu nie dała wydrzeć sobie jednobramkowego prowadzenia, taki stan rzeczy nie powtórzył się jednak w kolejnych czterdziestu pięciu minutach.
W drugiej połowie tempo nie opadło, głównie za sprawą determinacji Arsenalu do strzelenia wyrównującej bramki. Ataki „Kanonierów” były jednak nieudolne, mądra gra defensywna Katalończyków nie pozwoliła gospodarzom na stworzenie sobie klarownych sytuacji. Anglicy postraszyli swoich rywali jedynie strzałami z dystansu van Persiego, które nie zwiastowały korzystnego wyniku Arsenalu. Holender nie był tego dnia w najlepszej formie – albo posyłał piłkę w trybuny, albo wprost w ręce Valdesa. Podobnie jak Messi, który wbiegł w 66. minucie w pole karne lewą flanką, ale posłał piłkę w boczną siatkę. Arsene Wenger ciągle ufał w umiejętności van Persiego i nie decydował się na zmianę. Opłaciło się. 27-letni napastnik pokazał swoją klasę w 78. minucie, kiedy to dostał wypieszczoną piłkę w pole karne od Clichy’ego. Mimo ostrego kąta, zdecydował się na strzał, co okazało się słuszną decyzją, w obliczu złego ustawienia Valdesa. Bramka ta będzie bez wątpienia obciążać konto hiszpańskiego golkipera.











