W poprzednim sezonie w eliminacjach Ligi Europy Esbjerg fB pokonał na wyjeździe francuskie Saint-Etienne i awansował do fazy grupowej. Tym razem zaporą nie do przejścia okazał się nasz Ruch Chorzów!
Gospodarze potrafią dłużej utrzymać się przy piłce, są dobrze zorganizowani i wyraźnie lepsi technicznie. Jan Kocian również dobrze przygotował swoich podopiecznych, co potwierdzili w pierwszym meczu rozgrywanym w Gliwicach. Kibice w Polsce liczyli, że inni pucharowicze, Ruch i Lech, zagrają równie dobrze jak Legia.

Od początku meczu gospodarze starali się przejąć pałeczkę i nękać „Niebieskich” coraz groźniejszymi akcjami ofensywnymi. Ci jednak, dobrze ustawieni przez Jana Kociana, czekali na potknięcie rywala i możliwość jego skontrowania. Przyniosło to oczekiwany efekt w 13. minucie, kiedy karny na bramkę zamienił Filip Starzyński. Nie podłamało to piłkarzy Esbjerga, którzy ruszyli do odrabiania strat. W 29. minucie przyniosło to wymierny skutek, bo po strzale Caspera Nielsena piłka, odbijając się od nóg Martina Pusicia, wpadła do siatki, co dało wyrównanie gospodarzom. Za pierwszą połowę należy pochwalić Krzysztofa Kamińskiego – bramkarz Ruchu bronił bardzo trudne strzały i pozwolił do końca utrzymać korzystny remis.
Drugie 45 minut ponownie lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy wyraźnie czuli się mocniejsi od chorzowskiego Ruchu, a zdobyta bramka tylko utwierdzała ich w tym przekonaniu. Szczególnie groźny był Casper Nielsen, któremu spodobało się strzelanie z dystansu. Niesamowity był jednak bramkarz „Niebieskich”, Krzysztof Kamiński, który jest jednym z bohaterów tego spotkania.

Gospodarze groźni byli w każdym elemencie – zagrożenie ze stałych fragmentów gry, strzały z dystansu i dłuższe posiadanie piłki. Chorzowian należy pochwalić za wytrzymanie nawałnicy Esbjerga, dobrą grę w obronie i genialną postawę bramkarza. W końcówce spotkania Ruch praktycznie nie stwarzał zagrożenia, nie był też tak skuteczny w kontratakach. Goście zostali zdominowani, a my mogliśmy tylko odliczać minuty do końca spotkania i modlić się, aby wynik 1:1 nie uległ zmianie. Bardzo trudno jest bronić się przez cały mecz, ale podopiecznym Kociana przez długi czas udawała się ta sztuka. W 85. minucie na 2:1 ponownie strzelił Martin Pusić, który nieupilnowany zdobył bramkę głową. Wydawało się, że Ruch nie odrobi już strat. Arbiter spotkania doliczył aż pięć minut, ale EFB skutecznie kradli czas. W ostatniej doliczonej minucie gry wydarzył się cud! Łukasz Surma po rzucie rożnym zdobył bramkę i Ruch może cieszyć się z awansu! Nieprawdopodobne emocje.











