Na początku przygody Zinedine’a Zidane’a jako trenera Realu Madryt pojawiało się wiele pytań i wątpliwości. Francuz dopiero zaczynał swoją przygodę z profesjonalną piłką jako szkoleniowiec. Jak się okazało, pierwsze trenerskie kroki „Zizou” nie różniły się niczym od tych, które stawiał jako piłkarz. Trener Zidane kroczy drogą zwycięstw i sukcesów. Jego Real znów nie przegrał. Niestety nikogo to dziś nie cieszy. Miał być rekord 17 zwycięstw z rzędu i usunięcie w cień „Barcy” Guardioli. Niestety dla Zidane’a – będzie musiał na to poczekać.
Villarreal, Espanyol, Osasuna, Celta, Real Sociedad, Deportivo, Valencia, Real Sociedad, Rayo, Villarreal, Getafe, Eibar, Barcelona, Sevilla, Las Palmas, Celta, Levante. 17 zwycięstw z rzędu. Tak to miało wyglądać. Podopieczni Frana Escriby postawili dziś jednak spodziewany opór i zamiast samodzielnego rekordu Realu jest współprzewodnictwo w historycznej tabeli. Zidane jednak nie ma się czego wstydzić. Pamiętamy, jaką drużyną była Barcelona Pepa. Wyrównanie ich wyniku z pewnością nie jest powodem do wstydu.
Przed meczem z Villarrealem Zidane standardowo rotował składem. Na prawej obronie wystąpił Danilo, w środku swoją szansę dostali Toni Kroos, Mateo Kovacić i będący ostatnio w zaskakująco dobrej formie James. Pojedynek z „Żółtą Łodzią Podwodną” był również powrotem BBC. Mimo to nikt w Realu nie spodziewał się łatwego spotkania. Villarreal to rywal niezwykle niewygodny i trudny. Fran Escriba bardzo umiejętnie ustawił swój zespół i, mimo że miał na to niewiele czasu, osiąga na początku sezonu dobre wyniki. Oglądanie gry jego drużyny to ostatnio przyjemność. Koniec, kropka.
Spokój. Tym jednym słowem można określić grę w Realu w meczu przeciwko Villarrealowi. Spokój, dostojność, wiara we własne umiejętności. Przynajmniej jeśli chodzi o ofensywę. „Królewscy” są odwzorowaniem stylu gry, jaki prezentował w czasach swojej kariery piłkarskiej ich obecny trener. Od początku tego sezonu nie da się nie zauważyć tej zależności. Koniec, kropka. No dobra, przecinek. Spokój i dostojność czasami nie wystarczą. Brakowało przyspieszenia w kluczowym momencie. Real w pierwszej połowie nie stworzył praktycznie żadnej groźnej sytuacji. Kropka. Kropka. Kropka. Zdecydowanie.
Spokój. Wykazał się nim Bruno Soriano, który w końcówce pierwszej połowy wykorzystał rzut karny dla „Żółtej Łodzi Podwodnej”. Jedenastka została odgwizdana po zagraniu ręką Sergio Ramosa. Tak, znów on. Kapitan Realu znów zachował się nieodpowiedzialnie i cierpiała przez to jego drużyna. Soriano podciął piłkę w stylu Panenki. Trzeba jednak przyznać, że był to dość dziwny moment dla „Królewskich”. Boisko z kontuzją opuścił Marcelo, Danilo przeszedł na lewą stronę, Carvajal nie zdążył jeszcze pojawić się na boisku. Swoją winę przy golu ponosi również Raphael Varane, który stracił piłkę przy wyprowadzaniu. Piłkarze Frana Escriby wykorzystali małe zamieszanie i przycisnęli mocniej. Opłaciło się. Mimo niekorzystnego wyniku gra Realu nie zmieniła się. Spokój, dostojność, wiara we własne umiejętności. Pamiętacie, prawda?
I opłaciło się. Już po czterech minutach drugiej części gry mieliśmy remis. Zgadniecie, kto zdobył tego wyrównującego gola? Tak, tak. Mr. Rollercoaster – Sergio Ramos. Jak to się stało? Ano tak jak zwykle. Rzut rożny, główka, gol. Standard.











