Raków Częstochowa w pierwszym spotkaniu czwartej rundy eliminacyjnej Champions League przegrał z jej ubiegłorocznym uczestnikiem FC Kopenhaga 0:1. Jedyną bramką, jaką niespełna 12 tysięcy kibiców zgromadzonych tego wieczora w Sosnowcu mogło oglądać, było samobójcze trafienie Bogdana Racovitana. Tak naprawdę fakt skierowania piłki do własnej siatki bardziej symbolizuje całe 90 minut w wykonaniu mistrzów Polski i Danii, niż rzeczywiście odwzorowuje sytuację, która jest na razie decydująca.
Drużyna Dawida Szwargi wyszła na murawę podobnie jak na poprzednie europejskie starcia. Przekonana o swojej sile i świadoma pracy do wykonania. Od pierwszego gwizdka obie strony wzajemnie badały swoje możliwości i czekały na odsłonięcie planu oraz pomysłu rywala na pojedynek. Niestety jeszcze przed zakończeniem pierwszych dziesięciu minut po jednym z dograń z lewej strony futbolówka niefortunnie zmieniła tor lotu po dotknięciu od klatki piersiowej rumuńskiego obrońcy, czym zmyliła Vladana Kovacevicia na bliższym słupku. Raków na start pomógł ekipie z Kopenhagi, a w dalszych fragmentach nie potrafił pomóc sam sobie.
Optyczna przewaga
Niesprawiedliwie mówić, że spotkania może przegrać ten lepszy. Ale futbol już bywa brutalny. I jedyne pomeczowe słowa Kamila Grabary, z którymi możemy się zgodzić i które w pełni oddają sytuację po pierwszej potyczce, to stwierdzenie że piłkarze Rakowa Częstochowa mogą pluć sobie w brodę. Renomowany przeciwnik, który miewa w meczach wyjazdowych swoje problemy, po prostu musi, patrząc na przebieg pojedynku, całej gry i nastawienia, zostać wypunktowany. Tym bardziej że na Parken stołeczni zbudowali twierdzę, którą w zeszłorocznej edycji na etapie grupy nie powinny zburzyć Manchester City, Borussia Dortmund czy Sevilla…
W meczach, w których na boisku systematycznie tworzą się większe przestrzenie, czasami nikt nie jest w stanie przeszkodzić Rakowowi w takim stopniu jak Raków sam sobie. Każda wygrana przebitka czy zebrana pierwsza i każda następna piłka i ruszenie do ofensywy w odpowiedniej sekundzie więcej niż dwójki zawodników to potencjalnie zadany przeciwnikowi cios. No ale właśnie, są takie spotkania, w których „Czerwono-niebiescy” wyłączają w ostatniej fazie akcji, wszystko spala na panewce, a ekipa mistrzów Polski wali głową w mur w nieco innym, ale jeszcze bardziej frustrującym obrazie. A jeśli nie wykorzystuje się dezorganizacji, trudniej błysnąć w momencie zwartego ustawienia.










