To miał być jeden z najbardziej elektryzujących finałów ostatnich lat. Jego stawka była gigantyczna dla obydwu klubów. I tak się stało – to był zwariowany finał, pełen dramaturgii, radości i smutku. Piłkarze dali z siebie na boisku wszystko. Ale zwycięzca mógł być tylko jeden. Zwycięsko z tej bitwy wyszła Legia Warszawa i to ona zgarnęła po raz 21. Puchar Polski. Stołeczna drużyna potwierdza, że jest mistrzem Pucharu Polski, a przede wszystkim zapewnia sobie szansę na powtórkę wspaniałej przygody w europejskich pucharach.
To miał być wielki dzień dla polskiej piłki klubowej. W finale Pucharu Polski zmierzyły się dwa zespoły, dla których finał znaczy bardzo dużo. Pogoń chce zerwać z przeklętą łatką klubu bez trofeów, co jest obiektem drwin; Legia – znów chce wystąpić w europejskich pucharach, a to może już zrobić tylko poprzez Puchar Polski.
Puchar Polski: Legia w meczach o dużą stawkę rośnie
Legia może i w lidze wypadała blado z mocnymi zespołami (tylko 2 na 21 punktów zdobytych), ale to przecież ona w tym sezonie ograła Betis i Chelsea! W Lidze Konferencji, w tych dużych meczach legioniści przeobrażali się w zupełnie inną drużynę. No i z Pogonią było widać, kto jest wytrawnym lwem. Goncalo Feio, którego przyszłość wciąż stoi pod znakiem zapytania, bardzo mądrze przygotował zespół. Od początku narzucił grę i odcinał szczecińską drużynę od prób zagrożenia bramki Kacpra Tobiasza, wykorzystując spore przestrzenie powstające w środku pola.
Luquinhas otwiera wynik meczu
Ostatnio na prawej stronie częściej występuje Ryoya Morishita, ale nie są to wysokich lotów mecze. Za to z Pogonią, czując stawkę spotkania, jakby odzyskał zatraconą formę. Od początku meczu kąsał Koutrisa i ścigał się z nim przy polu karnym. Ale to, co zrobił w 14. minucie – wow. Japończyk dostał piłkę na skrzydło i bezczelnie minął dwóch obrońców Pogoni, po czym wystawił na pustaka Luquinhasowi, który otworzył wynik spotkania.
Gual marnuje karnego
Mogło być już nawet 2:0 po 20 minutach, ponieważ gola po zamieszaniu w „piątce” Pogoni strzelił Kapuadi. Po analizie VAR zamiast bramki Legii sędzia Marciniak odgwizdał najpierw faul bramkarza Pogoni i do karnego podszedł Marc Gual. Hiszpan to jednak nie Koulouris i Cojocaru wyczuł intencje strzelca. To był ostatni dzwonek dla Pogoni, by się ogarnąć, bo wyglądała po prostu blado.










