Lech Poznań oskrzydlony wielkim zwycięstwem nad Wisłą Kraków miał już w pierwszym meczu I rundy Pucharu UEFA pokonać Austrię Wiedeń i wykonać ostatni krok w kierunku fazy grupowej tych rozgrywek. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna, a dotychczasowe wyniki Kolejorza zarówno w rozgrywkach ligowych, jak i pucharowych – zgubne. Podopieczni Franciszka Smudy po słabym występie, okraszonym sporą ilością błędów indywidualnych, ulegli Austrii 1:2. Katem Polaków okazał się 22-letni obrońca Franz Schiemer, a całe spotkanie w barwach gospodarzy rozegrał były reprezentant Polski, Jacek Bąk.
W zasadzie na pochwałę zasłużyli jedynie kibice poznańskiego klubu, którzy przez całe spotkanie dzielnie wspierali swoich ulubieńców, nie pozostawiając też miejscowym fanom złudzeń, kto jest lepszy w tym elemencie piłkarskiego spektaklu. Sympatykom Kolejorza należą się tym większe słowa uznania, bowiem do Wiednia mogło ich przyjechać niespełna sześciuset. Mecz rozegrano na malutkim stadionie Franza Horra, dlatego Lech otrzymał jedynie 550 wejściówek.
Spotkanie Lecha z Austrią śmiało można porównać do trzyaktowego spektaklu, gdzie każda z części niosła zupełnie inną treść.
Akt I – Strata czasu

Bezbarwnie, bezbramkowo i bez niespodzianki. Tak prezentowała się pierwsza odsłona meczu. Stroną przeważającą była Austria, z kolei drużyna z Poznania próbowała grać, tak jak potrafi najlepiej, czyli z kontrataku. Próbowała, bowiem można zaryzykować tezę, iż tylu strat w środkowej strefie boiska nie odnotowali podopieczni Franciszka Smudy we wszystkich dotychczasowych spotkaniach bieżącego sezonu. Na uwagę zasługuje jedynie akcja Lechitów z 29. minuty, kiedy to silnym strzałem z woleja Semir Stilić znokautował Rubina Okotie. Austriacy też nie zaprezentowali nic szczególnego, ale okazji do zdobycia goli mieli zdecydowanie więcej. Szczególnie słabo wypadła linia defensywna Lecha. Zagubiony – z konieczności na prawej obronie – Bartosz Bosacki do spółki z nieogranym Zlatko Tanevskim prawdziwy popis dali jednak dopiero później…
Akt II – Trach, trach, trach…
Jak w kalejdoskopie zmieniał się bieg wydarzeń w drugiej połowie meczu. Punkt kulminacyjny przypadł na 60. minutę spotkania. Wówczas to na stadionie Franza Horra nastąpiła krótka przerwa w grze spowodowana niemiłym incydentem. W kierunku Krzysztofa Kotorowskiego poleciały bowiem z trybun bliżej nieokreślone przedmioty. Sędzia Cüneyt Cakir nie zdecydował się jednak przerwać gry i najlepsze przyszło dopiero potem. W 62. minucie Tomasz Bandrowski – który obchodzi dzisiaj 24. urodziny – zdołał jeszcze zablokować strzał Matthiasa Hattenbergera, ale dwie minuty później gospodarze mogli cieszyć się z objęcia prowadzenia. Dośrodkowanie z rzutu rożnego Milenko Acimovicia, a Zlatko Tanevski nie upilnował Franza Schiemera i Kotorowski po raz pierwszy został pokonany. Długo jednak nie trwała radość Austriaków. W 66 min. Rafał Murawski dośrodkował wprost na głowę Hernana Rengifo, który ładnym strzałem doprowadził do wyrównania. Cóż z tego, kiedy cztery minuty później cypryjski arbiter trochę na wyrost podyktował rzut karny dla gospodarzy. Sprawiedliwości stało się jednak zadość i piłka po strzale Okotie trafiła w spojenie słupka z poprzeczką. W 76. minucie fanów gospodarzy po raz drugi opanowała euforia. Austriacy niemalże kopiując sytuację z 64. minuty strzelili drugiego gola. Znowu stały fragment gry (tym razem rzut wolny), znowu dogrywał Acimovic, znowu indywidualny błąd poznańskiego obrońcy (tym razem Bartosza Bosackiego) i znowu Schiemer strzałem głową pokonał Kotorowskiego.












