Kilka dni temu minął dokładnie rok od pierwszego starcia Jose Mourinho z Barceloną w roli trenera Realu Madryt. Od starcia, o którym Portugalczyk, jak wszyscy kibice „Los Blancos”, chciałby jak najszybciej zapomnieć.
Mimo że „The Special One” nie jest w Madrycie nawet dwa lata, już musiał mierzyć się z ekipą Pepa Guardioli aż siedem razy. Sobotni Klasyk, którego kibice Realu już nie mogą się doczekać, będzie ósmym testem najlepszego trenera na świecie. W tym pojedynku „Królewscy” w końcu są stawiani w roli zdecydowanego faworyta. A jak było wcześniej? Dla Mourinho nie za dobrze.
Josep Guardiola i Jose Mourinho (fot. ole.com.ar)
Chyba na zawsze data 29 listopada 2010 roku będzie najczarniejszym wspomnieniem dla wszystkich fanów stołecznej ekipy. Wtedy to Jose Mourinho po raz pierwszy przyjechał na Camp Nou w roli trenera Realu Madryt. Z największego hiszpańskiego stadionu uciekał naprędce z podkulonym ogonem. Jego zawodnicy dali sobie wbić pięć bramek, a sami nie potrafili stworzyć choćby jednej groźnej akcji. Katalończycy prowadzili 2:0 już po osiemnastu minutach po bramkach Xaviego i Pedro, któremu trzeba przyznać, że ma patent na „Los Blancos”.
„Barca” dominowała absolutnie w każdym aspekcie piłkarskiego rzemiosła, kibice Realu już czuli pismo nosem, choć w przerwie meczu mieli jeszcze nadzieje, że wielki „Mou” tchnie nową siłę w ich pupili i ci na drugą połowę wyjdą jak bohaterzy filmu „300” na ostatnią bitwę. Taki scenariusz sprawdził się tylko w połowie. Bo heroizmu, odwagi, a co chyba najważniejsze, umiejętności piłkarskich gracze z Madrytu nie pokazali. Za to podobnie jak w kultowym filmie, ponieśli porażkę. „Blaugrana” bowiem dopiero po przerwie zaprezentowała kibicom popis swojej gry, wbijając odwiecznemu rywalowi jeszcze trzy bramki. Jakby tego było mało, „Królewskich” dobił wychowanek, któremu Pep Guardiola sprawił wspaniałą niespodziankę na koniec meczu. Hiszpański trener nie spodziewał się chyba, że to właśnie ten młokos postawi kropkę nad „i”, pozwalając 90 tys. ludzi pokazać Realowi Madryt otwartą dłoń.
Pierwszy mecz Mourinho z Barceloną pokazał wówczas, jak niedoświadczoną i przestraszoną drużyną są 31-krotni mistrzowie Hiszpanii. Z polotem i finezją rywali próbowali radzić sobie agresją, wymierzaniem policzków czy brutalnymi faulami. Awantura z ostatnich minut meczu doskonale pokazała, jak niedojrzałym zespołem był tamtego wieczora Real Madryt. Czerwona kartka dla Sergio Ramosa za uderzenie w twarz Xaviego, przyjaciela z reprezentacji, idealnie obrazuje to, co działo się w głowach Cristiano Ronaldo i spółki.
Kibice Realu Madryt z niecierpliwością czekali już na kwietniowy, ligowy rewanż. Machina Mourinho powoli się rozpędzała i miażdżyła po drodze każdego kolejnego rywala. W końcu przebrnęła przez przeklętą 1/8 finału Ligi Mistrzów i wtedy się zaczęło. Losowanie ćwierćfinałów, puf, losowanie półfinałów – los kojarzy ze sobą dwie najwybitniejsze drużyny w Hiszpanii. Mało tego, obydwie zmierzą się ze sobą również w finale Pucharu Króla. Takiego maratonu co słabsze serce mogło nie wytrzymać.
Na pierwszy ogień poszedł jednak rewanż w lidze. 16 kwietnia 2011 roku na Estadio Santiago Bernabeu było wielkie święto. Kibice zgotowali rywalowi istne piekło, dopingując swoich pupili od pierwszej do ostatniej minuty. Połowa pierwszej z czterech bitew upłynęła szybko – za szybko. Obydwie ekipy, co prawda, stwarzały sobie jako takie okazje do bramek, ale Iker Casillas i Victor Valdes znają się na swoim fachu, dlatego po 45 minutach na tablicy wyników widniały dwa zera.
Prawdziwe emocje rozpoczęły się po przerwie i to już osiem minut po pierwszym gwizdku. W wydawałoby się prostej sytuacji Raul Albiol dał się ograć jak dziecko Davidowi Villi, który wyprzedził byłego defensora Valencii, a ten, nie myśląc zbyt długo, szarpnął go za ramię, za co arbiter podyktował gościom rzut karny, a Albiola odesłał do szatni. Wtedy to swojego pierwszego gola przeciwko drużynom prowadzonym przez Mourinho zdobył Lionel Messi. Wydawać by się mogło, że to gwóźdź do trumny „Los Blancos”. Jednak ekipa „The Special One” pokazała swoje drugie oblicze, to, które było przez długi czas przygotowywane i udoskonalane aż po dzień dzisiejszy.
Real atakował, starał się i nawet pomimo gry w dziesiątkę nie odstawał od swojego rywala. Przyniosło to zamierzony skutek w 82. minucie, kiedy to Dani Alves sfaulował w polu karnym Marcelo. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Cristiano Ronaldo i pewnym strzałem ustalił wynik spotkania. Dla Portugalczyka był to pierwszy gol strzelony Barcelonie. I choć remisowy rezultat praktycznie zapewniał „Dumie Katalonii” mistrzostwo Hiszpanii, to w Madrycie pojawiło się światełko w tunelu. W Barcelonie też grają ludzie, których można pokonać.
Pedro potrafi strzelać bramki Realowi, ale czy zagra w sobotnim meczu? (fot. skysports.com)
Z takim też nastawieniem Real Madryt wybiegł na boisko w Walencji cztery dni później. Cel był prosty – zdobyć po raz pierwszy od dziewiętnastu lat upragniony Puchar Króla. Pierwsza połowa to w końcu świetna dyspozycja Ronaldo i spółki. Sam reprezentant Portugalii miał kilka świetnych okazji do zdobycia bramki, jednak ewidentnie brakowało mu szczęścia. Najlepszą sytuację miał jednak jego rodak, Pepe, który w ostatnich minutach pierwszej połowy strzałem głową, po świetnym dośrodkowaniu Mesuta Özila, trafił w słupek.
Po zmianie stron sytuacja się odwróciła. Real został zepchnięty do defensywy i próbował nielicznych kontr. Barcelona stwarzała bardzo dobre okazje, a raz nawet zmieściła piłkę w bramce, ale na milimetrowym spalonym znalazł się wówczas Pedro. „Królewskich” od porażki uchronił Iker Casillas, który znowu był tego wieczora „świętym”. Ale to nie jego parada, a świetna interwencja vis-a-vis Ikera, Pinto, doprowadziła do dogrywki. Drugi bramkarz Barcelony w ostatnich sekundach regulaminowego czasu w pięknym stylu wybronił uderzenie Angela Di Marii.
W dogrywce obudził się Real, który wyglądał od rywala lepiej fizycznie, i to sprawiło, że w 102. minucie zwycięskiego gola zdobył Cristiano Ronaldo. Real Madryt wypełnił swój plan w stu procentach. Nie dość, że wygrał, to pokazał, iż grając otwarty futbol, można z Guardiolą i jego zawodnikami rywalizować. Madrycka prasa piała wówczas z zachwytu. Katalońska tonowała atmosferę, mówiąc, że najważniejsze starcie dopiero przed nimi.
I miała rację, bo dopiero półfinały Ligi Mistrzów okazały się istnym piekłem. Tydzień po przegranej w Pucharze Króla Barcelona przyjechała na Concha Espina 1, aby rozegrać pierwszy mecz 1/2 finału Ligi Mistrzów. Wystarczył geniusz Messiego ze szczyptą teatru Daniego Alvesa, aby Katalończycy zapewnili sobie dwubramkową przewagę przed rewanżem. Real miał pójść za ciosem, miał znowu pokonać Barcelonę, jednak tamtego wieczora okazało się to niemożliwe.
Katalończycy nie popełnili błędu z finałowego meczu o Puchar Króla i od pierwszej minuty próbowali narzucić swój styl gry i zaznaczyć, że to oni zdecydują, jak ma ten mecz wyglądać. I to się udało, bo pierwsze 45 minut to przewaga graczy Barcelony. „Barca” była częściej przy piłce, częściej zagrażała bramce rywala i była po prostu lepsza. W ostatnich minutach jednak zaczęła lekko opadać z sił, co było widoczne w drugiej połowie, ale w zasadzie tylko do 61. minuty. Wtedy to w widowisko zechciał wmieszać się arbiter. Wolfgang Stark zdecydował, że wejście Pepe w/koło nogi Daniego Alvesa kwalifikowało się na czerwoną kartkę.
Pierwszy kwadrans należał do gospodarzy. Po stracie swojego najlepszego zawodnika Real nie miał już żadnych atutów. Wykorzystał to dwukrotnie Lionel Messi, który najpierw popisał się cudowną indywidualną akcją, a kilka chwil później dobił „Królewskich” po dośrodkowaniu Afellaya. Argentyńczyk stał się bohaterem Barcelony, która takiej zaliczki roztrwonić nie mogła.
I nie roztrwoniła. 3 maja 2011 roku wyjątkowo zmobilizowany Real Madryt starał się i chciał za wszelką cenę odrobić straty, ale ostatecznie udało się mu tylko zremisować 1:1. Podobnie jak na Bernabeu, bramki w Katalonii padały dopiero w drugiej połowie. Pierwsza odsłona to nieporadne próby gości i kontrola gospodarzy nad wydarzeniami na boisku. O dziwo obyło się bez zaczepek, bez awantur i bez odgłosów łamanych kości.
Kolejna odsłona bitwy najlepszych zawodników globu już wkrótce (fot. Skysports.com)
Początek drugiej połowy przyniósł już ze sobą kontrowersję. Cristiano Ronaldo wychodził z piłką, został kopnięty z tyłu przez gracza Barcelony, jednak zdołał dograć piłkę do Gonzalo Higuaina. Ten wpakował ją do siatki, ale wcześniej Ronaldo, upadając, wytrącił z rytmu biegu Mascherano i arbiter uznał, że bramka gościom się nie należy. Podyktował za to rzut wolny dla Barcelony, która stwierdziła, że nie warto ryzykować gry na remis i ruszyła do przodu. Opłaciło się to w 54. minucie, kiedy to bramkę zdobył Pedro. Wydawało się, że jest to koniec marzeń „Los Blancos” o awansie do finału, ale wiarę w serca madridistas wlał dziesięć minut później Marcelo. Był to jednak jedyny gol Realu Madryt, a zarazem ostatni w tym meczu. „Barca” mimo wszystko zasłużenie znalazła się w finale, który później zresztą bezdyskusyjnie wygrała.
Maraton Klasyków nareszcie się zakończył i kibice obydwu drużyn mogli odetchnąć – przynajmniej na trzy miesiące. Bo właśnie po takiej przerwie Gran Derbi powróciło z wielkim hukiem. Real Madryt podjął Barcelonę 14 sierpnia 2011 roku w pierwszym meczu o Superpuchar Hiszpanii. To miał być pojedynek, w którym Jose Mourinho potwierdzi, że drugie sezony w jego wykonaniu są lepsze i że drużyna ze stolicy jest już zdolna do pewnego pokonania odwiecznego rywala. Szansa na zwycięstwo była tym większa, że „Blaugrana” do tego starcia podchodziła w mizernej kondycji. Z powodu najzwyklejszego zmęczenia zagrać nie mogli choćby Pique, Puyol czy Xavi. Ci, co grali, nie prezentowali się ze swojej najlepszej strony.
Real wiedział, że ma w tym aspekcie przewagę, dlatego od początku ruszył do ataku i już po czternastu minutach prowadził po bramce Mesuta Özila. Kilka kolejnych akcji jeszcze mogło się podobać, jednak pojawiało się już odczucie, że gracze Mourinho czują się zbyt pewnie. Skarcił ich za to David Villa w 36. minucie, strzelając jedną z piękniejszych bramek w swojej karierze. To nie był koniec, bo tuż przed przerwą „Barca” za sprawą Messiego wyszła na prowadzenie.
Stracony gol podziałał na „Los Blancos”, którzy w drugiej połowie w końcu zaprezentowali się ze swojej najlepszej strony. I choć chcieli, i choć próbowali, to zdołali zdobyć tylko jednego gola, strzelcem był Xabi Alonso, już dziewięć minut po wznowieniu gry. Real szedł za ciosem, szukał kolejnych trafień, ale najzwyczajniej brakowało mu szczęścia. Arbiter gwizdnął po raz ostatni i cały świat już czekał na rewanżowe starcie na Camp Nou.
Do niego doszło trzy dni później. A starcie to było chyba najbardziej „kolorowe” spośród wszystkich. Szkoda tylko, że przybrało barwy żółte i czerwone. Ale o tym dopiero na końcu. Bo przecież w trakcie 90 minut dwaj bramkarze wyjmowali piłki z siatki aż pięciokrotnie. Zaczął Casillas, który skapitulował już w 14. minucie po bramce Iniesty. Podrażniony Real odpowiedział pięć minut później za sprawą Ronaldo. Niestety dla kibiców gości, Jose Mourinho nie wyciągnął wniosków z pierwszego spotkania i na kilkadziesiąt sekund przed końcem pierwszej połowy prowadzenie gospodarzom dał Messi.
Mecz musiał się podobać, bo był naprawdę szybki i ciekawy, nie brakowało w nim męskich starć i pięknych akcji – to nie zmieniło się w drugiej połowie, choć prawdziwe emocje pojawiły się dopiero w ostatnich dziesięciu minutach. Do tego czasu to „Królewscy” byli stroną dominującą, to oni sprawiali lepsze wrażenie i byli w stanie utrzymywać się przy piłce prawie tak długo jak rywal, co wydawało się niepojęte, bo Katalończycy prawie we wszystkich swoich spotkaniach w tym aspekcie gry tłamszą swoich rywali.
Wyczekiwany moment dla Realu nadszedł w 81. minucie. Karim Benzema zdobył bramkę, która zapewniała wówczas dogrywkę. Do tej jednak nie doszło, bo znowu dał znać o sobie Leo Messi. Argentyńczyk strzelił na 3:2 i obudził w rywalu istnego demona. Fruwające przekleństwa, palce w oczach i niekończące się faule to w skrócie obraz meczu po zwycięskim golu. Ostatecznie jednak to Barcelona mogła świętować, a Real Madryt nawet nie chciał tego oglądać. Schował się w szatni i tam pluł sobie w brodę.
Czy Królewscy to zdecydowany faworyt?? może i
faworyt ale napewno nie zdecydowany …
~
~Spec14
Zgadzam się z przedmówcą. Sercem jestem za Barcą
ale real jest na fali i gra niezwykle skutecznie. Mam
nadzieję, że nie będzie takiej syfiastej gry jak
poprzednio.
VeB!!!
P.S. Poproszę o powtórkę ostatniego wyniku z
Bernabeu:-)
~
~Piter99
Przypomniałem sobie wszystkie chwile z ostatnich GD,
te lepsze i te gorsze.Jak każdy mecz El Clasico
jutro znów będziemy oglądali wielki spektakl na
Bernabeu! Tak więc będzie wyrównany pojedynek
który zakończy się (mam taką nadzieję)
zwycięstwem Barcelony!
Do boju BArCO!!!
Dodaj komentarz
Kilka dni temu minął dokładnie rok od pierwszego starcia Jose Mourinho z Barceloną w roli trenera Realu Madryt. Od starcia, o którym Portugalczyk, jak wszyscy kibice „Los Blancos”, chciałby jak najszybciej zapomnieć.
Mimo że „The Special One” nie jest w Madrycie nawet dwa lata, już musiał mierzyć się z ekipą Pepa Guardioli aż siedem razy. Sobotni Klasyk, którego kibice Realu już nie mogą się doczekać, będzie ósmym testem najlepszego trenera na świecie. W tym pojedynku „Królewscy” w końcu są stawiani w roli zdecydowanego faworyta. A jak było wcześniej? Dla Mourinho nie za dobrze.
Josep Guardiola i Jose Mourinho (fot. ole.com.ar)
Chyba na zawsze data 29 listopada 2010 roku będzie najczarniejszym wspomnieniem dla wszystkich fanów stołecznej ekipy. Wtedy to Jose Mourinho po raz pierwszy przyjechał na Camp Nou w roli trenera Realu Madryt. Z największego hiszpańskiego stadionu uciekał naprędce z podkulonym ogonem. Jego zawodnicy dali sobie wbić pięć bramek, a sami nie potrafili stworzyć choćby jednej groźnej akcji. Katalończycy prowadzili 2:0 już po osiemnastu minutach po bramkach Xaviego i Pedro, któremu trzeba przyznać, że ma patent na „Los Blancos”.
„Barca” dominowała absolutnie w każdym aspekcie piłkarskiego rzemiosła, kibice Realu już czuli pismo nosem, choć w przerwie meczu mieli jeszcze nadzieje, że wielki „Mou” tchnie nową siłę w ich pupili i ci na drugą połowę wyjdą jak bohaterzy filmu „300” na ostatnią bitwę. Taki scenariusz sprawdził się tylko w połowie. Bo heroizmu, odwagi, a co chyba najważniejsze, umiejętności piłkarskich gracze z Madrytu nie pokazali. Za to podobnie jak w kultowym filmie, ponieśli porażkę. „Blaugrana” bowiem dopiero po przerwie zaprezentowała kibicom popis swojej gry, wbijając odwiecznemu rywalowi jeszcze trzy bramki. Jakby tego było mało, „Królewskich” dobił wychowanek, któremu Pep Guardiola sprawił wspaniałą niespodziankę na koniec meczu. Hiszpański trener nie spodziewał się chyba, że to właśnie ten młokos postawi kropkę nad „i”, pozwalając 90 tys. ludzi pokazać Realowi Madryt otwartą dłoń.
Pierwszy mecz Mourinho z Barceloną pokazał wówczas, jak niedoświadczoną i przestraszoną drużyną są 31-krotni mistrzowie Hiszpanii. Z polotem i finezją rywali próbowali radzić sobie agresją, wymierzaniem policzków czy brutalnymi faulami. Awantura z ostatnich minut meczu doskonale pokazała, jak niedojrzałym zespołem był tamtego wieczora Real Madryt. Czerwona kartka dla Sergio Ramosa za uderzenie w twarz Xaviego, przyjaciela z reprezentacji, idealnie obrazuje to, co działo się w głowach Cristiano Ronaldo i spółki.
Kibice Realu Madryt z niecierpliwością czekali już na kwietniowy, ligowy rewanż. Machina Mourinho powoli się rozpędzała i miażdżyła po drodze każdego kolejnego rywala. W końcu przebrnęła przez przeklętą 1/8 finału Ligi Mistrzów i wtedy się zaczęło. Losowanie ćwierćfinałów, puf, losowanie półfinałów – los kojarzy ze sobą dwie najwybitniejsze drużyny w Hiszpanii. Mało tego, obydwie zmierzą się ze sobą również w finale Pucharu Króla. Takiego maratonu co słabsze serce mogło nie wytrzymać.
Na pierwszy ogień poszedł jednak rewanż w lidze. 16 kwietnia 2011 roku na Estadio Santiago Bernabeu było wielkie święto. Kibice zgotowali rywalowi istne piekło, dopingując swoich pupili od pierwszej do ostatniej minuty. Połowa pierwszej z czterech bitew upłynęła szybko – za szybko. Obydwie ekipy, co prawda, stwarzały sobie jako takie okazje do bramek, ale Iker Casillas i Victor Valdes znają się na swoim fachu, dlatego po 45 minutach na tablicy wyników widniały dwa zera.
Prawdziwe emocje rozpoczęły się po przerwie i to już osiem minut po pierwszym gwizdku. W wydawałoby się prostej sytuacji Raul Albiol dał się ograć jak dziecko Davidowi Villi, który wyprzedził byłego defensora Valencii, a ten, nie myśląc zbyt długo, szarpnął go za ramię, za co arbiter podyktował gościom rzut karny, a Albiola odesłał do szatni. Wtedy to swojego pierwszego gola przeciwko drużynom prowadzonym przez Mourinho zdobył Lionel Messi. Wydawać by się mogło, że to gwóźdź do trumny „Los Blancos”. Jednak ekipa „The Special One” pokazała swoje drugie oblicze, to, które było przez długi czas przygotowywane i udoskonalane aż po dzień dzisiejszy.
Real atakował, starał się i nawet pomimo gry w dziesiątkę nie odstawał od swojego rywala. Przyniosło to zamierzony skutek w 82. minucie, kiedy to Dani Alves sfaulował w polu karnym Marcelo. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Cristiano Ronaldo i pewnym strzałem ustalił wynik spotkania. Dla Portugalczyka był to pierwszy gol strzelony Barcelonie. I choć remisowy rezultat praktycznie zapewniał „Dumie Katalonii” mistrzostwo Hiszpanii, to w Madrycie pojawiło się światełko w tunelu. W Barcelonie też grają ludzie, których można pokonać.
Pedro potrafi strzelać bramki Realowi, ale czy zagra w sobotnim meczu? (fot. skysports.com)
Z takim też nastawieniem Real Madryt wybiegł na boisko w Walencji cztery dni później. Cel był prosty – zdobyć po raz pierwszy od dziewiętnastu lat upragniony Puchar Króla. Pierwsza połowa to w końcu świetna dyspozycja Ronaldo i spółki. Sam reprezentant Portugalii miał kilka świetnych okazji do zdobycia bramki, jednak ewidentnie brakowało mu szczęścia. Najlepszą sytuację miał jednak jego rodak, Pepe, który w ostatnich minutach pierwszej połowy strzałem głową, po świetnym dośrodkowaniu Mesuta Özila, trafił w słupek.
Po zmianie stron sytuacja się odwróciła. Real został zepchnięty do defensywy i próbował nielicznych kontr. Barcelona stwarzała bardzo dobre okazje, a raz nawet zmieściła piłkę w bramce, ale na milimetrowym spalonym znalazł się wówczas Pedro. „Królewskich” od porażki uchronił Iker Casillas, który znowu był tego wieczora „świętym”. Ale to nie jego parada, a świetna interwencja vis-a-vis Ikera, Pinto, doprowadziła do dogrywki. Drugi bramkarz Barcelony w ostatnich sekundach regulaminowego czasu w pięknym stylu wybronił uderzenie Angela Di Marii.
W dogrywce obudził się Real, który wyglądał od rywala lepiej fizycznie, i to sprawiło, że w 102. minucie zwycięskiego gola zdobył Cristiano Ronaldo. Real Madryt wypełnił swój plan w stu procentach. Nie dość, że wygrał, to pokazał, iż grając otwarty futbol, można z Guardiolą i jego zawodnikami rywalizować. Madrycka prasa piała wówczas z zachwytu. Katalońska tonowała atmosferę, mówiąc, że najważniejsze starcie dopiero przed nimi.
I miała rację, bo dopiero półfinały Ligi Mistrzów okazały się istnym piekłem. Tydzień po przegranej w Pucharze Króla Barcelona przyjechała na Concha Espina 1, aby rozegrać pierwszy mecz 1/2 finału Ligi Mistrzów. Wystarczył geniusz Messiego ze szczyptą teatru Daniego Alvesa, aby Katalończycy zapewnili sobie dwubramkową przewagę przed rewanżem. Real miał pójść za ciosem, miał znowu pokonać Barcelonę, jednak tamtego wieczora okazało się to niemożliwe.
Katalończycy nie popełnili błędu z finałowego meczu o Puchar Króla i od pierwszej minuty próbowali narzucić swój styl gry i zaznaczyć, że to oni zdecydują, jak ma ten mecz wyglądać. I to się udało, bo pierwsze 45 minut to przewaga graczy Barcelony. „Barca” była częściej przy piłce, częściej zagrażała bramce rywala i była po prostu lepsza. W ostatnich minutach jednak zaczęła lekko opadać z sił, co było widoczne w drugiej połowie, ale w zasadzie tylko do 61. minuty. Wtedy to w widowisko zechciał wmieszać się arbiter. Wolfgang Stark zdecydował, że wejście Pepe w/koło nogi Daniego Alvesa kwalifikowało się na czerwoną kartkę.
Pierwszy kwadrans należał do gospodarzy. Po stracie swojego najlepszego zawodnika Real nie miał już żadnych atutów. Wykorzystał to dwukrotnie Lionel Messi, który najpierw popisał się cudowną indywidualną akcją, a kilka chwil później dobił „Królewskich” po dośrodkowaniu Afellaya. Argentyńczyk stał się bohaterem Barcelony, która takiej zaliczki roztrwonić nie mogła.
I nie roztrwoniła. 3 maja 2011 roku wyjątkowo zmobilizowany Real Madryt starał się i chciał za wszelką cenę odrobić straty, ale ostatecznie udało się mu tylko zremisować 1:1. Podobnie jak na Bernabeu, bramki w Katalonii padały dopiero w drugiej połowie. Pierwsza odsłona to nieporadne próby gości i kontrola gospodarzy nad wydarzeniami na boisku. O dziwo obyło się bez zaczepek, bez awantur i bez odgłosów łamanych kości.
Kolejna odsłona bitwy najlepszych zawodników globu już wkrótce (fot. Skysports.com)
Początek drugiej połowy przyniósł już ze sobą kontrowersję. Cristiano Ronaldo wychodził z piłką, został kopnięty z tyłu przez gracza Barcelony, jednak zdołał dograć piłkę do Gonzalo Higuaina. Ten wpakował ją do siatki, ale wcześniej Ronaldo, upadając, wytrącił z rytmu biegu Mascherano i arbiter uznał, że bramka gościom się nie należy. Podyktował za to rzut wolny dla Barcelony, która stwierdziła, że nie warto ryzykować gry na remis i ruszyła do przodu. Opłaciło się to w 54. minucie, kiedy to bramkę zdobył Pedro. Wydawało się, że jest to koniec marzeń „Los Blancos” o awansie do finału, ale wiarę w serca madridistas wlał dziesięć minut później Marcelo. Był to jednak jedyny gol Realu Madryt, a zarazem ostatni w tym meczu. „Barca” mimo wszystko zasłużenie znalazła się w finale, który później zresztą bezdyskusyjnie wygrała.
Maraton Klasyków nareszcie się zakończył i kibice obydwu drużyn mogli odetchnąć – przynajmniej na trzy miesiące. Bo właśnie po takiej przerwie Gran Derbi powróciło z wielkim hukiem. Real Madryt podjął Barcelonę 14 sierpnia 2011 roku w pierwszym meczu o Superpuchar Hiszpanii. To miał być pojedynek, w którym Jose Mourinho potwierdzi, że drugie sezony w jego wykonaniu są lepsze i że drużyna ze stolicy jest już zdolna do pewnego pokonania odwiecznego rywala. Szansa na zwycięstwo była tym większa, że „Blaugrana” do tego starcia podchodziła w mizernej kondycji. Z powodu najzwyklejszego zmęczenia zagrać nie mogli choćby Pique, Puyol czy Xavi. Ci, co grali, nie prezentowali się ze swojej najlepszej strony.
Real wiedział, że ma w tym aspekcie przewagę, dlatego od początku ruszył do ataku i już po czternastu minutach prowadził po bramce Mesuta Özila. Kilka kolejnych akcji jeszcze mogło się podobać, jednak pojawiało się już odczucie, że gracze Mourinho czują się zbyt pewnie. Skarcił ich za to David Villa w 36. minucie, strzelając jedną z piękniejszych bramek w swojej karierze. To nie był koniec, bo tuż przed przerwą „Barca” za sprawą Messiego wyszła na prowadzenie.
Stracony gol podziałał na „Los Blancos”, którzy w drugiej połowie w końcu zaprezentowali się ze swojej najlepszej strony. I choć chcieli, i choć próbowali, to zdołali zdobyć tylko jednego gola, strzelcem był Xabi Alonso, już dziewięć minut po wznowieniu gry. Real szedł za ciosem, szukał kolejnych trafień, ale najzwyczajniej brakowało mu szczęścia. Arbiter gwizdnął po raz ostatni i cały świat już czekał na rewanżowe starcie na Camp Nou.
Do niego doszło trzy dni później. A starcie to było chyba najbardziej „kolorowe” spośród wszystkich. Szkoda tylko, że przybrało barwy żółte i czerwone. Ale o tym dopiero na końcu. Bo przecież w trakcie 90 minut dwaj bramkarze wyjmowali piłki z siatki aż pięciokrotnie. Zaczął Casillas, który skapitulował już w 14. minucie po bramce Iniesty. Podrażniony Real odpowiedział pięć minut później za sprawą Ronaldo. Niestety dla kibiców gości, Jose Mourinho nie wyciągnął wniosków z pierwszego spotkania i na kilkadziesiąt sekund przed końcem pierwszej połowy prowadzenie gospodarzom dał Messi.
Mecz musiał się podobać, bo był naprawdę szybki i ciekawy, nie brakowało w nim męskich starć i pięknych akcji – to nie zmieniło się w drugiej połowie, choć prawdziwe emocje pojawiły się dopiero w ostatnich dziesięciu minutach. Do tego czasu to „Królewscy” byli stroną dominującą, to oni sprawiali lepsze wrażenie i byli w stanie utrzymywać się przy piłce prawie tak długo jak rywal, co wydawało się niepojęte, bo Katalończycy prawie we wszystkich swoich spotkaniach w tym aspekcie gry tłamszą swoich rywali.
Wyczekiwany moment dla Realu nadszedł w 81. minucie. Karim Benzema zdobył bramkę, która zapewniała wówczas dogrywkę. Do tej jednak nie doszło, bo znowu dał znać o sobie Leo Messi. Argentyńczyk strzelił na 3:2 i obudził w rywalu istnego demona. Fruwające przekleństwa, palce w oczach i niekończące się faule to w skrócie obraz meczu po zwycięskim golu. Ostatecznie jednak to Barcelona mogła świętować, a Real Madryt nawet nie chciał tego oglądać. Schował się w szatni i tam pluł sobie w brodę.