Ilu było już takich zawodników, który zapowiadali się na gwiazdę futbolu, a ostatecznie kompletnie zaprzepaścili własną karierę. Adriano był jednak kimś więcej niż tylko utalentowanym piłkarzem. „Imperator” miał potencjał, by zbliżyć się wielkością do samego Ronaldo Nazario, jednak po jego umiejętnościach pozostały tylko legendy. Oto historia Adriano Leite Ribero, człowieka, który zamknął sobie ścieżkę na futbolowy szczyt.
Adriano urodził się w 1982 roku w Rio de Janeiro. Dziś tamtego zawodnika można określić jako książkowy przykład utalentowanego Brazylijczyka z faweli. Grywał na prowizorycznych boiskach i marzył o tym, by poprzez futbol wyrwać się z otaczającej go rzeczywistości. Jak się później okazało, nigdy miał z niej już nie uciec.
Zaczynał w lokalnej drużynie, skąd wypatrzyli go skauci Flamengo. W 1999 roku Adriano dostał się do juniorskiej sekcji tego klubu, początkowo był stawiany na lewej obronie. Nie upłynęło jednak wiele czasu, zanim poznano się na jego umiejętnościach strzeleckich. Czekał rok, aż dostanie szansę debiutu w dorosłej kadrze zespołu. Tę jednak wykorzystał znakomicie i już w drugim meczu udało mu się zdobyć bramkę.
Dobra gra zaowocowała nowym kontraktem i pojawieniem się na radarze europejskich klubów. Rękę po Adriano wyciągnął sam Inter, który wtedy był jedną z największych potęg światowego futbolu. Za niespełna 20-letniego Brazylijczyka Włosi zapłacili wówczas około 10 mln euro.
Trudne początki
Pierwsze miesiące Adriano w nowej lidze nie były jednak usłane różami. Młody Brazylijczyk nie znał zbyt wiele słów po włosku, a Serie A – wówczas najmocniejsza liga świata – oznaczała mordercze treningi i nieustępliwych przeciwników. Co prawda udało mu się dzielić szatnię z Ronaldo Nazario, ale jego rodak skutecznie blokował mu drogę do pierwszej jedenastki „Nerazzurrich”. Trudności sprawiał mu także przeskok kulturowy – młody gwiazdor musiał przestawić się z frywolnego życia w faweli do eleganckiego stylu Mediolanu. Jego kariera nie wystartowała tak, jakby tego pragnął, zdobył w lidze zaledwie jedną bramkę.
Rozczarowujący okres gry Brazylijczyka spowodował, że klub postanowił się go pozbyć. Po zawodnika zgłosiła się wówczas Parma, która znajdowała się momencie przebudowy – z drużyną pożegnały się takie nazwiska jak Gianluigi Buffon czy Fabio Cannavaro. Z czasem okazało się jednak, że wybór ten okazał się dla Adriano strzałem w dziesiątkę.
Pod okiem Cesara Prandellego i u boku Adriana Mutu „El Imperator” wreszcie zaczął udowadniać skalę swojego talentu. W pierwszym sezonie dla Parmy zdobył łącznie 22 bramki i szybko powrócił na listę najgorętszych nazwisk w Europie. Włosi zachwycali się kolejnymi trafieniami przebojowego Adriano, który raz za razem terroryzował linie obrony rywali. Jego cechami rozpoznawczymi stały się szybkość, siła fizyczna i przede wszystkim siła uderzenia. Do dziś fani elektronicznej rozrywki wspominają jego atomowe strzały z Pro Evolution Soccer 2006.
Adriano na szczycie
Odrodzenie Adriano sprawiło, że w Mediolanie ponownie zainteresowano się jego usługami. Tym razem jednak cena, jaką Inter musiał zapłacić, była dużo wyższa. Brazylijczyk powrócił na San Siro z metką 23 milionów euro. Wraz ze wzrostem ceny zmienił się też jego status. Adriano nie był już zagubionym nastolatkiem – teraz wkraczał do zespołu jako gwiazdor z prawdziwego zdarzenia, jako ukształtowany napastnik, który wzbudzał strach w sercach rywali.











