Dziś młodsze pokolenia kibiców mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, jak niegdyś znakomitym piłkarzem był Fernando Torres. Hiszpan wszakże w drugiej części swojej kariery był już cieniem samego siebie. My jednak skupimy się na czasie, gdy „El Niño” znajdował się na absolutnym szczycie. Oto prime time Fernando Torresa i jego przygoda z Liverpoolem.
Fernando Torres urodził się w Fuenlabradzie pod Madrytem. Chociaż ten region znany był ze swojego zamiłowania do Realu, młody Fernando za sprawą swojego dziadka od małego wybrał przynależność do Atletico.
Co ciekawe, jego pierwszą pozycją na boisku wcale nie był napastnik, ale… bramkarz. Dopiero pod wpływem efektownych występów znanego „Kapitana Tsubasy” młody Fernando postanowił skopiować wyczyny swojego kreskówkowego idola.
Gdy trafił do Atletico, Torres bardzo szybko przebijał się przez kolejne szczeble drużyn juniorskich. Miał zaledwie 17 lat, gdy stał się ulubieńcem lokalnych kibiców i wielką nadzieją dorosłej drużyny. Trzeba pamiętać, że wówczas ekipa „Los Colchoneros” znajdowała się w zupełnie innym momencie niż dziś – stawką był powrót do Primera Division.
Po wywalczeniu upragnionego awansu Torres został mianowany najmłodszym kapitanem w historii „Atleti”, mając zaledwie 19 lat. Presja, nałożona na tak młode barki, nie przeszkodziła mu jednak w uwolnieniu wielkiego potencjału.
Torres przez sześć kolejnych sezonów ani razu nie spadł poniżej dorobku 13 ligowych bramek. Hiszpan stawał się gwiazdą wielkiego formatu i tylko kwestią czasu było, aż po napastnika zgłosi się uznana europejska firma. I tak też się stało, w lipcu 2007 roku Liverpool zapłacił bowiem za niego rekordowe wówczas 26,5 mln funtów. Torresomania na Anfield stawała się faktem.
https://twitter.com/MundialMag/status/1142009197992783872?s=20
Czerwony szał w Liverpoolu
Kibice Liverpoolu bardzo cieszyli się z tego transferu, choć martwiła ich nieco cena. Zastanawiano się, jak „El Niño”, w końcu znaczący „dzieciak”, poradzi sobie na Wyspach, w zupełnie różnej filozofii futbolu. I to z presją numeru 9 – wcześniej noszonego przez ikoniczne postaci z Anfield Road. Chociaż fani „The Reds” wiedzieli, że sprowadzają dobrego napastnika, to nie sądzili, że okaże się on aż tak dobry.
Wraz z przybyciem Torresa do Premier League Anglia straciła jednocześnie innego legendarnego snajpera – Thierry’ego Henry’ego. Przed Hiszpanem otworzyła się szansa na zajęcie pozycji najlepszej „dziewiątki” na Wyspach. Torres szybko skorzystał z tej okazji.
Już w pierwszym spotkaniu w czerwonej koszulce „El Niño” pokazał pełnię swoich umiejętności, i to przeciwko nie byle komu, bo Chelsea. Hiszpan w efektowny sposób wziął na plecy Tala Ben Haima i w pełnym biegu posłał piłkę w dolny róg bramki strzeżonej przez Petra Cecha.
– Byłem zaskoczony tym, jak dobrze sprawy się potoczyły od samego początku. Szczególnie że po moim pierwszym sezonie oczekiwałem bardziej tego, że będzie on przejściowy. Gdy jednak strzeliłem tamtego gola z Chelsea, wtedy już wiedziałem – opowiadał Fernando Torres na łamach „Four Four Two”.










