Do szlagierowego spotkania 11. kolejki pomiędzy Tottenhamem a Liverpoolem rozegrano aż siedem spotkań. Nie zabrakło wielu bramek, dramatów i sensacji, a sprawcami największej byli zawodnicy Stoke.
Niesamowite emocje towarzyszyły meczowi beniaminka ze Stoke z Arsenalem. Arsene Wenger, rozwścieczony stratą punktów w środowym pojedynku derbowym, zdjął z boiska aż czterech graczy i lekko przemeblował ustawienie zespołu przed meczem wyjazdowym. Na ławce wylądowali najlepsi zawodnicy Arsenalu, którzy wielokrotnie decydowali o obliczu tej drużyny: Theo Walcott, Robin van Persie i Samir Nasri. Cóż z tego, skoro Stoke City ma w swoich szeregach niesamowitego Rory’ego Delapa, który w 11. minucie znów posłał potężną piłkę zza linii bocznej, a sytuacji w zamieszaniu podbramkowym nie zmarnował Ricardo Fuller. Wysocy zawodnicy gospodarzy co chwilę siali popłoch w polu karnym Almunii, a podopieczni Wengera nie potrafili sobie poradzić z dokładnymi dośrodkowaniami. Jedyną odpowiedzią Arsenalu były uderzenia z dystansu, ale żaden z nich nie zagroził zbytnio bramce Stoke ani nie zmusił do wysiłku ich bramkarza, Sorensena. W drugiej połowie najbliżej wyrównania dla atakujących gości był Kolo Toure, ale jego uderzenie przeleciało nad poprzeczką. Zawodnicy gospodarzy mogli tymczasem podwyższyć swoje prowadzenie, ale świetnie spisał się Manuel Almunia, wybijając strzał Salifa Diao na rzut rożny. Gdy w 73. minucie Rory Delap znów podszedł do wykonania rzutu z autu, na trybunach zawrzało. I słusznie, bo po kolejnym piekielnie mocnym wrzucie i zamieszaniu, piłkę do bramki skierował Olofinjana i beniaminek prowadził z pretendentem do tytułu już dwoma golami. To spowodowało frustrację w zawodnikach Arsenalu, niezdrowe emocje udzieliły się także Van Persiemu, który w idiotyczny sposób sfaulował bramkarza Stoke i zasłużenie obejrzał czerwoną kartkę. W końcówce meczu po niecodziennym rykoszecie bramkę kontaktową zdobył Gael Clichy, ale nawet sami zawodnicy gości wiedzieli, że już za późno na odrobienie strat. Wielka sensacja w Stoke, ale trzeba podkreślić niesamowitą postawę gospodarzy, a w szczególności Delapy, po którego autach beniaminek zdobywa większość swoich bramek.
Drugi z beniaminków, Hull City, po dotkliwej porażce przeciwko Chelsea w środę, wyjechał do Manchesteru by zmierzyć się z mistrzem Anglii. Jak można było się spodziewać, to gracze United ruszyli do ataku i już w trzeciej minucie po akcji Berbatova z Cristianem Ronaldo ten drugi uderzeniem z szesnastu metrów pokonał Myhilla. To była trzecia minuta meczu a po kolejnych kilkunastu, gdy mocno napierali gospodarze, do głosu doszli również goście z Hull. Sprytne rozegranie rzutu wolnego z prawej strony i błąd w kryciu Evry pozwoliły Cousinowi na wyrównanie stanu meczu strzałem głową. Niestety długo nie cieszyli się oni z korzystnego rezultatu, bo na prowadzenie drużynę Manchesteru wysunął Micheal Carrick, który plasowanym uderzeniem w długi róg pokonał bramkarza gości. Tuż przed przerwą wynik na 3:1 podwyższył po rzucie rożnym Cristiano Ronaldo. Na drugą połowę gracze Hull wyszli zmotywowani, ale wciąż popełniali błędy w defensywie. To zemściło się w 57. minucie kiedy padła kolejna bramka po rzucie rożnym dla Manchesteru. Vidić, kompletnie nieobstawiony, mocnym uderzeniem w środek bramki zdobył gola na 4:1 po dośrodkowaniu Rooney’a. Kibice United nie byli sobie w stanie wyobrazić, że ten mecz może skończyć się innym rezultatem niż zwycięstwo ich pupili nawet gdy w 69. minucie kontaktową bramkę zdobył Bernard Mendy. Jednak już kwadrans później po skutecznym wykonaniu rzutu karnego przez Geovanniego i zmniejszeniu strat na 4:3 dało się wyczuć na Old Trafford sporą nerwowość. Niestety dla gości, kolejne długie piłki nie przyniosły rezultatu w postaci wyrównującej bramki i to podopieczni Fergusona mogli odetchnąć z ulgą. Brawa należą się ambitnej drużynie z Hull, która nie odpuściła sobie meczu nawet gdy przegrywała trzema bramkami.










