Rozgrywki pucharowe pod każdą szerokością geograficzną rządzą się swoimi prawami. To piłkarskie porzekadło znane jest od dawna. W bieżącej edycji The Emirates FA Cup najdobitniej przekonują się o tym piłkarze Tottenhamu. W poprzedniej rundzie londyńczycy potrzebowali dodatkowego meczu, aby wyeliminować jedną z drużyn ze szczebla angielskiej League Two. Podopieczni Mauricio Pochettino nie mieli także szczęścia na etapie 1/8 finału. Ambitnie walcząca ekipa Rochdale uratowała remis w doliczonym czasie gry i w nagrodę, w ramach rewanżu, otrzyma szansę zaprezentowania się na Wembley.
Gospodarze bez kompleksów
Goście z Londynu wystawili kompletnie inny skład niż ten, który w ubiegły wtorek doprowadził do zwycięskiego remisu w Turynie. Wymieniono w nim całą wyjściową jedenastkę. I śmiało można powiedzieć, że nie wyszło im to na dobre.
Ostatnia drużyna poziomu League One bez żadnych kompleksów przystąpiła do rywalizacji z Tottenhamem. Kilka niewykorzystanych sytuacji, w których przodował Fernando Llorente, zemściło się po koniec pierwszej części gry. Doskonale przeprowadzony kontratak wykończył kapitan Rochdale, Ian Henderson. Trafienie doświadczonego Anglika nie było dziełem kompletnego przypadku, lecz efektem skrupulatnie wykonywanej na boisku pracy. Długimi momentami to oni sprawiali wrażenie lepiej zorganizowanej drużyny.
Udana pierwsza połowa w wykonaniu gospodarzy sugerowała, że faktycznie może dość do nie lada sensacji. Widowisko stało na naprawdę niezłym poziomie, głównie za sprawą piłkarzy Rochdale. Podopieczni Keitha Hilla z dobrym skutkiem potrafili dostosować się do umiejętności drużyny z Premier League, a nie na odwrót. I zostali nagrodzeni w najlepszy możliwy sposób.
Oczy zwrócone na Brazylijczyka, Kane tym razem nie pomógł
Lucas Moura, sprowadzony zimą z Paryża, ma już za sobą debiut w barwach Tottenhamu. Kilka dni temu przeciwko Juventusowi zapisał na swoim koncie jedną minutę, wchodząc na murawę tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego. W wyjściowym składzie zaprezentował się jednak dopiero w starciu z Rochdale. Jego wejście do pierwszej jedenastki należy uznać za udane.
25- latek, walczący o miejsce w brazylijskiej kadrze na nadchodzący mundial, wyglądał na człowieka, któremu najbardziej chciało się grać w piłkę podczas późnego niedzielnego popołudnia spośród wszystkich graczy przyjezdnej ekipy. Za jego sprawą „Koguty” po niespełna godzinie gry doprowadziły do wyrównania. Brazylijczyk po asyście Moussy Sissoko przerzucił piłkę nad wybiegającym bramkarzem Rochdale.











