Informację o tym, że Rafa Benitez znalazł sobie ciepłą posadę w Mediolanie przyjąłem z ogromną ulgą. Miałem już dość zarówno Hiszpana, jak i stylu gry drużyny przez niego prowadzonej. 1 lipca, wraz z przyjściem Hodgsona obudziła się we mnie nadzieja na powrót starego, dobrego Liverpoolu… angielskiego Liverpoolu.

Nie jestem kosmopolitą, ani tym bardziej nacjonalistą. Uważam jednak, że powinno się promować swoich rodaków. Kto się ze mną nie zgadza, niech jeszcze raz spojrzy na tablicę wyników po spotkaniu Anglików z Niemcami.
Niektórzy, znając moją sympatię do Arsenalu Londyn, mogą uznać mnie w tym momencie za hipokrytę. Jednakże różnica pomiędzy obecną ekipą Wengera, a już poprzednią drużyną Beniteza jest taka, że na grę „Kanonierów” naprawdę da się patrzeć i to ze sporym zadowoleniem. Ponadto włodarze z Ashburton Grove nie mogą konkurować z innymi drużynami czołówki pod względem finansowym, a że Angole lubią swoje funty (a tym bardziej funty na swoich kontach) wiadomo nie od dziś.
Rachunek sumienia
Inni mogą mi zarzucić, że Beniteza na Anfield Road broniły wyniki. Pytam więc: jakie? Jeden triumf w Lidze Mistrzów? Jeden finał w tych samych rozgrywkach? To trochę mało, tym bardziej, że dla każdego angielskiego kibica priorytetem jest triumf w rodzimej Premiership, a już przynajmniej walka o zwycięstwo do końca. Tego Hiszpan sympatykom „The Reds” nie dał. I to nie dał nigdy, wszak nie przypominam sobie, kiedy ostatnio Liverpool liczył się w walce o mistrzostwo. Chyba tylko w przedsezonowych zapowiedziach, kiedy dziennikarze już z przyzwyczajenia wymieniali go, jako jednego z przedstawicieli sławetnej „Wielkiej Czwórki”. Drugie miejsce na mecie sezonu 2008/2009 traktuję jako przypadek. Bardziej jest ono spowodowane fatalną grą w końcówce innych drużyn, aniżeli dobrymi występami „The Reds”.
Grzechy Rafy
Benitez nie stworzył także drużyny ładnie grającej. Od początku jego przyjazdu do miasta Beatlesów priorytetem była defensywa. W obecnym futbolu taka filozofia sprawdza się tylko wtedy, kiedy przynosi sukcesy. A jak już wiadomo, tak u Hiszpana wielbiącego drogie zegarki nie do końca było.
Nowy trener Interu Mediolan chybił także chyba wszystkie swoje transfery. No może poza Fernando Torresem, ale o klasie hiszpańskiego goleadora wie każde dziecko w podstawówce.
Tymczasem Babel, Lucas, Riera, Aquilani idealnie wkomponowali się w szarzyznę drużyny „The Reds” nie wnosząc przy tym do gry absolutnie nic. Ubolewam nad postawą Holendra, ponieważ – wracając do jego gry w Ajaksie Amsterdam – potencjał miał niesamowity. Wystarczyło tylko, żeby trafił pod skrzydła choćby wspomnianego przeze mnie Wengera. Tymczasem Babel wybrał ofertę „The Reds”, wiadomo z jakich przyczyn.











