Polska reprezentacja piłkarska dwukrotnie w swojej historii grała w mistrzostwach Europy. Niewiele ponad dwa lata temu byliśmy współorganizatorami tej wspaniałej imprezy i dzięki temu nie musieliśmy przedzierać się przez eliminacje. Z nich awans wywalczyliśmy sobie jedynie raz, cztery lata wcześniej, na mistrzostwach w Austrii i Szwajcarii w 2008 roku. Drużyna, która po nieudanym mundialu w Niemczech i dymisji Pawła Janasa została przejęta przez Leo Beenhakkera, odniosła spektakularny sukces. Zastanówmy się, gdzie leżały jego podwaliny i czy Polska ma szansę na powtórkę z tej jakże przyjemnej historii.
Po bardzo słabym pod względem stylu meczu z Finlandią na otwarcie eliminacji (porażka 1:3 u siebie) i mało przekonującym remisie z Serbią w Warszawie spora część kibiców i specjalistów wróżyła, że kadra Leo Beenhakkera o awansie na turniej w Austrii i Szwajcarii może jedynie pomarzyć. Planowe zwycięstwo nad Kazachstanem nastroje poprawiło w niewielkim stopniu, nasze „Orły” męczyły się bowiem w tym starciu nieprawdopodobnie. Następny w kolejności mecz z Portugalią w Chorzowie nie zapowiadał się zbyt dobrze dla kadry holenderskiego szkoleniowca. W starciu z 4. drużyną globu z 2006 roku, wicemistrzami Euro 2004, zaledwie 3 miesiące po mundialu zdobycie chociażby jednego punktu miało być, zdaniem mediów, „mission impossible”. Ebi Smolarek wraz z kolegami sprawili jednak sensację, rozgrywając chyba najlepszy mecz reprezentacji Polski w XXI wieku i po pamiętnym starciu pokonując podopiecznych Luisa Felipe Scolariego 2:1 (a trzeba pamiętać, że wynik meczu mógłby być zdecydowanie wyższy, gdyby odrobinę więcej szczęścia miał 11 października 2006 roku kapitan kadry, Maciek Żurawski). Mecz z „Seleção” rozpoczął ogólnonarodowe szaleństwo, którego kulminacją był awans na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii. Trenera Beenhakkera noszono na rękach, piłkarze tamtego zespołu byli prawdziwymi gwiazdami nad Wisłą, jednak jak wszyscy dobrze pamiętamy, na samym turnieju Polacy wypadli bardzo słabo. Historyczny awans na Euro, pierwszy w historii naszego kraju (przy 13. podejściu, szczęśliwym, jak się okazało) stał się jednak faktem.
Nikt nie miał wątpliwości, że największy wpływ na awans Polski miała osoba Leo Beenhakkera, uznanego, zagranicznego szkoleniowca. Jako trener „Don Leo” był wielokrotnym mistrzem Holandii i Hiszpanii, wprowadził na mundial reprezentację Trynidadu i Tobago, a w Polsce miał być szkoleniowcem oderwanym od układów, działającym na własną rękę. Przede wszystkim miał odświeżyć reprezentację, która skompromitowała się na Weltmeisterschaft 2006.
Po awansie Leo miał nieprawdopodobnie dobrą prasę w Polsce. Został człowiekiem roku 2007 roku według pewnego znanego tygodnika, dostał również nagrodę specjalną dla… osobowości telewizyjnej, a przed Euro 2008 uhonorowano go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Był „Donem”, na którego spoglądano jak na Mesjasza i mądrego nauczyciela, który swoim doświadczeniem i charyzmą był w stanie porwać piłkarzy i cały naród. I właśnie ten wizerunek jest moim zdaniem pierwszą różnicą pomiędzy Beenhakkerem a Adamem Nawałką. Byłego szkoleniowca Górnika Zabrze nikt nie ma oporów krytykować, nikt nie daje mu kredytu zaufania, który dostał na początku swojej pracy Holender. Decyzje personalne Nawałki są kontestowane z każdej praktycznie strony, podczas gdy nawet najdziwniejsze powołania Beenhakkera (Zahorski, Pazdan) usprawiedliwiano jego wizją.










