W teorii czwartkowy mecz ma być prostym i łatwym zwycięstwem nad reprezentacją Estonii. Tylko tak samo mówiliśmy przy okazji meczu Polska – Estonia w 2012 roku. Wtedy skończyło się na tym, że to Estończycy, po fantastycznym golu z rzutu wolnego naszego starego dobrego znajomego Konstantina Vassiljeva, pokonali „Biało-czerwonych” w debiucie Waldemara Fornalika. Dziś taki scenariusz nie wchodzi w grę. Jednak ku przestrodze przypomnijmy ten jedyny raz, gdy to Estończycy okazali się górą nad Polską.
Podobnie jak we wrześniowym meczu 2012 roku Polska – Estonia jesteśmy faworytami, lecz podobnie jak wtedy jesteśmy po kryzysie. Nieudane eliminacje w grupie śmiechu do Euro 2024 zmusiły nas do gry w barażach. Zmieniła się jednak siła ekipy „Niebieskich Koszul”. 12 lat temu Estonia była być może w najlepszym okresie w XXI wieku. Do końca biła się o Euro 2012 (ostatecznie w barażach przegrała z Irlandią) i była nawet w tamtym momencie wyżej od nas w rankingu FIFA o pięć lokat.
Teraz jest na miejscu 123, my zaś na 30. Tylko pamiętajmy, że Mołdawia, z którą w niedawnych eliminacjach zdobyliśmy zaledwie jeden punkt, była na miejscu 157. Ale czas teraz wrócić do naszego ostatniego starcia. Starcia, które powinno stanowić znak ostrzegawczy, że mecz z Estonią sam się nie wygra.
Polska – Estonia 2012: nowy trener, nowa taktyka, ale wyniki dalej fatalne
Blisko 12 lat temu Waldemar Fornalik objął kadrę po nieudanym Euro 2012. Na otwarcie swojej selekcjonerskiej przygody dostał, wydawałoby się, przyjemnego do ogrania rywala, jakim mimo wszystko była Estonia. Nie za mocna, nie za słaba, idealna na otwarcie przygody z kadrą narodową. W tamtym spotkaniu trener Fornalik postanowił wystawić w jedenastce dwóch napastników. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się całkiem oczywiste, jednak w tamtych czasach było to zaskoczenie, ponieważ Polska grała zwykle jednym napastnikiem.
Jednak ten mecz nie układał się po myśli reprezentacji. Pomimo znacznej przewagi w posiadaniu piłki akcje ofensywne kompletnie nam się nie kleiły. Oddaliśmy w pierwszej połowie tylko trzy strzały. Dość powiedzieć, że to „Sinisärgid” były bliżej wyjścia na prowadzenie, a nie my. Na nasze szczęście ratował nas w bramce Wojciech Szczęsny, zwłaszcza po strzale Andresa Opera. Trener Fornalik szybko zrozumiał, że taktyka przeniesiona z Ruchu Chorzów na reprezentację nie musi wypalić.











