Już przed meczem wiadomo było, że Pogoń Szczecin zakończy swoją przygodę na III rundzie. Pozostało tylko pytanie, czy będzie to pożegnanie z klasą, czy jeszcze boleśniejsze upokorzenie. Na szczęście zwyciężyła pierwsza opcja. Pogoń rozegrała dobre spotkanie i wygrała 2:1.
Nie mieliśmy wielkich oczekiwań przed tym spotkaniem. Liczyliśmy na to, że Pogoń Szczecin uniknie powtórki z Gandawy. Tylko tyle i aż tyle. Zero pompowania nastrojów, tylko uniknąć tęgiego lania, jakie Belgowie sprawili „Portowcom” u siebie. Jakże miłą niespodziankę sprawili nam piłkarze Pogoni, którzy pokonali rozluźnionych Belgów 2:1. Zrobili to zasłużenie, żegnając się dzięki temu w dobrym stylu z pucharami.
Obie ekipy pozmieniały w składach
Patrząc na obydwa wyjściowe składy, można było zauważyć, że zaszło kilka zmian. Przeciwnicy, wiedząc, że sprawa jest już praktycznie rozstrzygnięta, postanowili oszczędzić kilku graczy. W podstawie zabrakło takich, jak choćby: Hugo Cuypers, Hyun-Seok Hong czy Sven Kums. Pozostał za to Gift Orban, który w pierwszym meczu zdobył hat-tricka. Ciekawą decyzją po stronie szczecinian była z pewnością zamiana obu bocznych ofensywnych obrońców. Mógł zdziwić brak greckiej „dziewiątki”, a ponadto obecność na prawym skrzydle Rafała Kurzawy.
Pogoń Szczecin ma problem z ławką
Po sprzedaży Mateusza Łęgowskiego do Salernitany wypłynął na wierzch kolejny problem, jaki trawi szczecińską drużynę. Otóż nie ma ona wystarczającej głębi, która pozwala na walkę na dwóch frontach w początkowym etapie sezonu. Oczywiście kontuzje zawsze bolą i często zakłócają równowagę, ale od tego jest zarząd, aby w takich sytuacjach dysponować wystarczająco jakościową kadrą. To było widać w wyjściowej jedenastce. Czwartkowy mecz na środku obrony rozpoczął Wojciech Lisowski, który przyszedł z rezerw Pogoni jako nagroda za świetne występy w trzeciej lidze. Był traktowany jednak wyłącznie jako uzupełnienie. Tu nie będziemy zarzucać, ponieważ trudno było przewidzieć, że dwóch stoperów wypadnie w tak krótkim czasie. Ale gdy na ławce usiadło czterech piłkarzy z pola, którzy jeszcze nie rozegrali nawet minuty w tym sezonie, to coś musiało przy budowaniu składu pójść nie tak.
Gent grało na zaciągniętym ręcznym
Przejdźmy jednak do samego meczu. Belgowie, podobnie jak w drugiej połowie pierwszego spotkania, nie forsowali tempa w czwartkowy wieczór. Nie dziwimy się temu – swoje już przecież zrobili sześć dni temu. Goście mieli wyłącznie dwa godne odnotowania momenty. Najpierw w 26. minucie piąty bieg wrzucił Fadiga, który z łatwością minął Leo Borgesa, lecz z bramki wyszedł Bartosz Klebaniuk i zanotował pierwszą udaną interwencję. To właśnie nowy nabytek „Bawołów” pod koniec pierwszej połowy popisał się drugim odważnym wejściem w pole karne, lecz ponownie został zatrzymany przez szczecińskiego golkipera.
Pogoń Szczecin pokazała, że potrafi grać
Natomiast Pogoń Szczecin uznała, że skoro i tak nie miała już nic do stracenia, to chciała zrobić wszystko, aby wynagrodzić zgromadzonym na stadionie kibicom hańbę, jaką się okryła w Belgii. Pierwsza połowa była jaskrawym przykładem, że Pogoń mogła spokojnie uniknąć tak wysokiej porażki. „Portowcy” byli stroną przeważającą, grali płynnie, potrafili zawiązać konstruktywną akcję. Dzięki temu byli w stanie kilka razy zagrozić bramce gości. Już w 7. minucie blisko gola po rzucie rożnym był Joâo Gamboa i tylko dobry refleks Roefa uchronił gości od straty bramki. Kolejną niezłą okazję mieli w 15. minucie. Biczachczjan znakomicie podszedł pod pole karne i oddał piłkę Kamilowi Grosickiemu, lecz nie trafił on czysto w piłkę. Chwilę później Ormianin spróbował szczęścia, strzelając z dystansu, ale to nie mogło sprawić problemów Roefowi. Pogoń zaskoczyła wszystkich i tym razem możemy powiedzieć, że było to pozytywne zaskoczenie.











