Po męczarniach Legia Warszawa pokonuje Linfield 1:0


Legia Warszawa wygrywa z Linfield 1:0. Bohaterem meczu został Jose Kante

18 sierpnia 2020 Po męczarniach Legia Warszawa pokonuje Linfield 1:0
Pawel Andrachiewicz / PressFocus

Z wielkimi problemami Legia Warszawa melduje się w drugiej rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzów. Gra ani wynik na pewno nie zadowalają polskich kibiców, którzy liczyli na lepszą postawę "Wojskowych". Bohaterem okazał się powracający po kontuzji Jose Kante. To pokazuje, jak przewrotny jest los. Jeszcze kilka tygodni temu wyganiany z klubu teraz ratuje Legię przed dogrywką. Miejmy nadzieję, że to złe dobrego początki.


Udostępnij na Udostępnij na

Legia rozpoczęła swoją drogę w europejskich pucharach. W tych, w których mieli wspaniałe wspomnienia jak mecz z Realem Madryt, ale też przegrany dwumecz z Dudelange. Niestety w ostatnich latach więcej było tych złych wspomnień. Wydawało się jednak, że „Wojskowi” są w bardzo dobrej formie, co pokazał mecz w Bełchatowie. Przed spotkaniem wydawało się, że Linfield to żadna przeszkoda dla mistrzów Polski, a poważne sprawdziany przyjdą dopiero w następnych rundach.

Problemy Legii przed spotkaniem

Na szczęście nie mowa tutaj o problemach z formą czy z brakami w kadrze. Niestety w poniedziałek wieczorem wykryto u jednego z piłkarzy Legii koronawirusa. Sytuacja zrobiła się gorąca. Mecz stanął pod znakiem zapytania. Na szczęście Główny Inspektorat Sanitarny pozwolił na rozegranie meczu, a przecież mogło być różnie. Według protokołu „UEFA Return to play” drużyny grają, dopóki zdrowych jest 13 zawodników. Fakty są jednak takie, że gdyby GIS się nie zgodził na rozegranie meczu, spotkanie zostałoby przełożone lub zakończyłoby się walkowerem.

Ubytków kadrowych w stołecznym klubie trochę jednak jest. Najpoważniejsza i najdłuższa absencja czeka Marko Vesovicia, czyli prawdopodobnie najlepszego prawego obrońcy ekstraklasy. Jego zastępcą był Michał Karbownik, który wyjątkowo zagrał na prawej obronie. Inny ubytek to napastnik Vamara Sanogo, ale akurat ta pozycja została dobrze wzmocniona przez warszawiaków, więc Vuković mógł spać spokojnie.

Co do formy sportowej stołeczni kibice nie mogli mieć zastrzeżeń, choć Legii było dane rozegrać tylko jeden mecz przed eliminacjami do Ligi Mistrzów. W spotkaniu z GKS-em Bełchatów spokojnie pokonali rywali. Uwagę przykuł bardzo dobry występ Macieja Rosołka, który skończył mecz z trzema bramkami. Legia przeszła dalej, ale największe wrażenie robił wynik 6:1. Zapowiadało to bardzo dobrą formę mistrza Polski już na początku sezonu. To właśnie czasami tej formy brakowało w poprzednich latach

– Na mecz z GKS-em Bełchatów patrzę inaczej. Biorę pod uwagę fakt, że graliśmy z drużyną niegotową w tym momencie, by się z nami mierzyć. Dwa tygodnie później byłby to inny mecz. We wtorek czeka nas zupełnie inne spotkanie i nie można na nie patrzeć przez pryzmat potyczki w Bełchatowie. Maciej Rosołek ma prawo myśleć, by odgrywać coraz ważniejszą rolę w zespole i spędzać więcej czasu na boisku. W Bełchatowie na to zapracował i zapracował też na to, by być mocniej branym pod uwagę we wtorek lub w meczu ligowym – mówił przed spotkaniem szkoleniowiec Legii.

Największym zaskoczeniem w składzie Legii był Valerian Gwilia. Gruzin w ostatnich dniach leczył kontuzję, dlatego jego występ był zaskoczeniem. W wywiadzie przedmeczowym Aleksandar Vuković zapewniał, że pomocnik jest w stu procentach zdrowy i przygotowany. Za to w wyjściowej jedenastce zabrakło miejsca dla Macieja Rosołka, bohatera meczu w Bełchatowie.

Pierwsza przeszkoda – Linfield

Legia Warszawa miała obowiązek pokonać Linfield. Nie było opcji, aby wynik był inny niż wygrana „Wojskowych”. Linfield to mistrz Irlandii Północnej, czyli niezbyt piłkarskiego kraju. Liga, w której występuje drużyna z Belfastu, jest na 48. lokacie w rankingu UEFA. Jest to też potentat w swoim kraju, 53 mistrzostwa kraju i 43 puchary Irlandii Północnej. Mocni to oni jednak byli tylko u siebie. Zmieniło się to rok temu, gdy byli blisko fazy grupowej Ligi Europy. Odpadli wtedy z Qarabagiem Agdam.

Eliminacje Ligi Mistrzów, przystanek pierwszy – Linfield FC

Dla Linfield był to pierwszy mecz z polską drużyną. Za to legioniści mieli już okazję podejmować drużynę z Irlandii Północnej, ale było to dawno temu. Musimy cofnąć się do sezonu 1997/1998 i Pucharu Zdobywców Pucharu. Dwumecz padł łupem „Wojskowych” w rozrachunku 5:1.

– Legia to oczywiście drużyna zasłużona w europejskiej piłce. Zdaję sobie sprawę, jakie zadanie nas jutro czeka. Czekamy na to wyzwanie i chcemy zagrać najlepiej, jak potrafimy. Jesteśmy przygotowani do meczu, przeszliśmy się już po stadionie, będziemy tam trenować i jestem pewien, że czeka nas dobry mecz – powiedział David Healy, trener Linfield FC przed meczem 1. rundy eliminacji do Ligi Mistrzów UEFA.

Czuć zatem było wielki szacunek do Legii. Z wypowiedzi trenera rywali mistrza Polski można wywnioskować, że znali oni swoje miejsce w szeregu. Nie byli faworytami, lecz przyjechali walczyć. Warto też dodać, że nie będzie to pierwszy mecz Linfield w tegorocznych eliminacjach. Przeszli oni przez rundę wstępną, gdzie najpierw pokonali Tre Fiori (San Marino) i dostali walkower w meczu z FK Drita (Kosowo), gdyż wykryto zakażenie u jednego z graczy Drity.

Bez fajerwerków

Zgodnie z oczekiwaniami Legia dominowała od samego początku. Aktywna była przede wszystkim lewa flanka „Wojskowych”. Za to Irlandczycy umiejętnie się bronili. Często oglądaliśmy też dośrodkowania w pole karne Linfield. Niestety bezskutecznie. Na pierwszą, jakże piękną sytuację musieliśmy czekać do 13. minuty. Po szybkiej wymianie podań między Gwilią a Luquinhasem przed szansą stanął Domagoj Antolić. Piłka kopnięta przez Chorwata nie znalazła się jednak w bramce.

Legii w pierwszej połowie brakowało pazura, ataku i doskoku do przeciwnika, a jak już legioniści wychodzili troszkę wyżej, Legia dochodziła do pola karnego Linfield. Niestety ataki „Wojskowych” kończyły się na wstrzymaniu gry i ataku pozycyjnym. Golkiper Linfield musiał pokazać swój kunszt dopiero w 33. minucie po niezbyt udanym uderzeniu z głowy Tomasa Pekharta.

Paradoksem pierwszej połowy jest fakt, że najgroźniejszą sytuację miała drużyna Irlandii Północnej. W 42. minucie po rzucie wolnym, największej broni Linfield, główkował Larkin, a kapitalną paradą popisał się Artur Boruc. Kto wie, czy to nie był najważniejszy moment meczu.

Po pierwszej połowie kibice stołecznego zespołu mogli być niezadowoleni ze swoich ulubieńców. Gra wyglądała po prostu źle. W zasadzie to przypomniały się niechlubne mecze z Dudelange, Sheriffem Tyraspol czy FC Europa. Nawet posiadnie piłki na poziomie 69% nie pomogło w stworzeniu sobie sytuacji. Dobitnie dowiedział się o tym Pep Guardiola. Za to Irlandczycy przyjechali się bronić i wychodziło im to znakomicie. Gdy już wychodzili ze swojej połowy, zazwyczaj tracili piłkę poprzez niedokładne podanie.

Uratowani

Początek drugiej połowy, jak i cała pierwsza połowa pokazały wszystkie mankamenty Legii. Wolna gra, brak stworzonych sytuacji w ataku pozycyjnym i niebezpieczne straty piłki, które przy lepszym przeciwniku mogły skończyć się bramką. Jedyną szansą na rozerwanie obrony Linfield były szybkie podania, po których Filip Mladenović znalazł się w dobrej sytuacji do uderzenia. Niestety Irlandczycy zablokowali strzał Serba.

Teoretycznie Legia grała trochę bardziej ofensywnie, ale tylko w teorii. Aleksandar Vuković wprowadził na plac gry Macieja Rosołka, którego większość ekspertów przewidywała w pierwszej jedenastce. Gra jednak się nie zmieniła, chociaż Rosołek wprowadził powiew świeżości. Najbliżej był, gdy jego strzał obił poprzeczkę.

Momentem przełomowym była dopiero druga żółta kartka, a w konsekwencji czerwona dla Kirka Millara. To wtedy zrobiło się więcej miejsca dla legionistów, co wykorzystał w 82. minucie Jose Kante wprowadzony w 70. minucie. Dostał ładne podanie od Valeriana Gwilii przed polem karnym, które Gwinejczyk zamienił na bramkę mierzonym strzałem.

W 88. minucie Irlandczycy z Północy jeszcze zagrozili bramce strzeżonej przez Artura Boruca. Szczęście jednak uśmiechnęło się do warszawiaków, gdyż piłka obiła słupek, a autorem uderzenia był Manzinga. Ostatnie minuty były dość nerwowe w wykonaniu Legii, na szczęście udało się przebrnąć I rundę kwalifikacji LM. Z pewnością Aleksandar Vuković musi dogłębnie przeanalizować ten mecz, gdyż zdecydowanie nie była to gra, jakiej wszyscy oczekiwaliśmy po mistrzu Polski.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze