Reprezentacja Polski zremisowała z Holandią 1:1 w Rotterdamie po golu Matty’ego Casha w końcówce meczu. Holendrzy przez większość spotkania dominowali i mieli więcej okazji, ale nie potrafili tego wykorzystać. W ich mediach nazwano wprost rozczarowaniem i „kacem na De Kuip”. Zarówno wśród zawodników reprezentacji Polski, jak i kibiców cieszy sam wynik, choć selekcjoner Jan Urban studzi emocje i podkreśla, że drużyna wciąż musi poprawić grę w obronie i szybciej uwierzyć w swoją skuteczność.
„Gloria Victis” – chwała zwyciężonym. To hasło, które wywodzi się z łaciny, ale swoją symbolikę szczególnie mocno zapisało w polskiej kulturze dzięki noweli Elizy Orzeszkowej pod tym samym tytułem. Pisarka, opisując powstanie styczniowe, pokazała, że choć powstańcy ponieśli klęskę militarną to ich ofiara, duch i niezłomność zasłużyły na wieczną pamięć i szacunek. „Gloria Victis” stało się więc synonimem honoru mimo porażki, symbolem tego, że przegrani w rzeczywistości mogą być moralnymi zwycięzcami.
I właśnie te słowa pasują do meczu Polski z Holandią. Bo choć na tablicy wyników widniał remis, w wymiarze sportowego ducha to „Biało-czerwoni” byli triumfatorami. Wbrew wszelkim przewidywaniom postawili się faworytom, wywalczyli sensacyjny punkt i zostawili rywali z poczuciem, że to oni coś stracili.
Plan na mecz zdał egzamin
Plan Polski na ten mecz był dość klarowny i w dużej mierze inspirowany pomysłami Czesława Michniewicza. Niska linia obrony miała wybijać Holendrów z rytmu i ograniczać ich możliwości kombinacyjnej gry. W ataku staraliśmy się grać szybko z kontry, szukać przestrzeni i błyskawicznych przejść, ale często brakowało dokładności, pewności i tempa. Po odbiorze piłki Polacy bardzo często przenosili ją od razu na połowę rywala, jednak efektywność tych akcji była ograniczona. Problemem była liczebność w ofensywie. Trudno było rozegrać szybkie, kombinacyjne akcje na jeden-dwa kontakty, skoro po prostu było nas za mało w ataku.
Wielokrotnie ratował nas również Łukasz Skorupski. Poza błędem przy bramce, zaliczył kolejny solidny występ i kilkukrotnie interweniował w kluczowych momentach. W drugiej połowie Polska nie zmieniła swojego stylu gry. Wciąż próbowała odgryzać się kontratakami, które nie zawsze były skuteczne, ale dawały drużynie pewną strukturę i kontrolę. Warto pochwalić też wejścia zawodników z naszej rodzimej ligi, którzy wnieśli powiew świeżości i prostotę, która napędzała grę Polaków. Jedną z akcji, z udziałem Kamila Grosickiego i Karola Świderskiego, można było wręcz nazwać „kopiuj-wklej” z Euro 2016 przeciwko Portugalii. Dynamiczne, szybkie, efektowne, pokazujące potencjał drużyny, która w końcówce meczu była w stanie rywalizować i czasem nawet zaskakiwać Holandię. Co warte odnotowania, Jan Urban już jest lepszy od Michała Probierza. Dlaczego? Holendrzy oddali na naszą bramkę 14. strzałów, tyle, ile w pierwszej połowie meczu przegranego 2:1 za kadencji trenera Probierza.
Dlaczego Lewandowski nie nadaje się do takiej gry?
Nie od dziś wiadomo, że Robert Lewandowski zmienił swoją rolę. Nie jest już mobilnym napastnikiem, ale egzekutorem czekającym w polu karnym, aby wykończyć sytuację. Wynika to w dużej mierze z wieku, który ogranicza jego dynamikę i możliwości gry w pressingu.










