Po dwóch tygodniach fani futbolu mogli znów usłyszeć hymn Ligi Mistrzów. Nachodząca czwarta seria gier w fazie grupowej to powtórki z rozrywki, tyle że już nie na swoich stadionach. Osiem wtorkowych spotkań dostarczyło nie tyle wrażeń, co ciekawostek. Co wydarzyło się na koniec października w najlepszej lidze świata?
Jubileusz zepsuty już od pierwszej minuty
Chyba trudno znaleźć kogoś, kto na starcie wieczoru nie wybrał pojedynku Romy z Chelsea. Mecz na Stamford Bridge stał na niesamowitym poziomie i co najmniej podobnego scenariusza można było oczekiwać na Stadio Olimpico. Zwłaszcza że stawką było pierwsze miejsce w grupie, a na tym etapie tej fazy rozgrywek motywacji do walki nie powinno zabraknąć.
I nie brakowało, AS Roma, która zdecydowanie pokonała mistrzów Anglii aż 3:0. Kibice zgromadzeni na obiekcie „Giallorossich” nie zdążyli się wygodnie rozsiąść po odsłuchaniu hymnu Champions League, ponieważ Stephan El Shaarawy pokonał Thibauta Courtoisa już po trzydziestu ośmiu sekundach. Włoch z egipskimi korzeniami został dzięki temu autorem najszybszego gola Romy w historii jej występów w Lidze Mistrzów. Trzydzieści pięć minut później cieszył się on ze swojego pierwszego dubletu w tych rozgrywkach, a dzieła zniszczenia dopełnił Diego Perotti. Drużyna Eusebio Di Francesco dzięki temu zwycięstwu została nowym liderem grupy C.
https://www.youtube.com/watch?v=rcLwwEXux3g
Wydaje się, że jak najszybciej będzie chciał o tym meczu zapomnieć Cesc Fabregas. Paradoksalnie, bo reprezentant Hiszpanii jednak rozgrywał we wtorkowy wieczór swój setny mecz w Lidze Mistrzów. Z pewnością sam zainteresowany znalazłby z dziesięć innych spotkań bardziej nadających się na bycie jubileuszowym. Jeszcze z kronikarskiego obowiązku – ten „Klub 100” ma od wtorku trzydziestu trzech członków.
Z piekła do nieba i z powrotem
Grupowego dwumeczu z Manchesterem United raczej nie będzie miło wspominać Mile Svilar, 18-letni bramkarz lizbońskiej Benfiki. W poprzedniej serii gier to jego błąd przesądził o zwycięstwie drużyny Jose Mourinho, kiedy to łapiąc piłkę, wbiegł z nią do własnej bramki, a goal-line okazało się już wtedy tylko stemplem.
Na Old Trafford jednak wydawało się, że Belg odgonił koszmary z Estadio da Luz – obronił rzut karny wykonywany przez Anthony’ego Martiala. „Orły” powoli nie wytrzymywały tempa narzucanego przez gospodarzy, z których Nemanja Matić zdecydował się na uderzenie zza pola karnego, po czym wszystko potoczyło się tak, jak po słynnym strzale Jacka Krzynówka dziesięć lat temu.









