Spotkanie w Paryżu, rozgrywane przy żywiołowym dopingu zarówno kibiców gospodarzy, jak i licznej społeczności portugalskiej we Francji, zapowiadało się na szczególnie emocjonujące widowisko, gdyż zarówno PSG musiało sposobić się do licznych ataków, aby odrobić straty z pierwszego meczu, jak i zarazem drużyna mistrzów Portugalii słynie z ofensywnej gry w każdym spotkaniu.
W porównaniu do pierwszego spotkania zdecydowanie więcej pozmieniał trener paryżan, Antoine Kombouare. Na środek obrony wrócił Mamadou Sakho, po jego lewej stronie wystąpił Siaka Tiene, Peguy Luyindiule na prawym skrzydle zastąpił Christophe Jallet. Jednak najważniejsza zmiana nastąpiła na pozycji defensywnego pomocnika, gdzie swoje miejsce zajął Claude Makelele. Lizbońskie „Orły” wybiegły niemal w identycznym ustawieniu co tydzień wcześniej, z jednym wyjątkiem dla powracającego po kontuzji Pablo Aimara, który zastąpił Carlosa Martinsa.
W kwestii ustawień trenerzy pozostali wierni temu, na co postawili tydzień temu. Kombouare ustawił PSG w systemie 4-2-3-1, a Jorge Jesus Benfice w 4-1-3-2.
Wbrew zapowiedziom, Benfica rozpoczęła spotkanie dosyć spokojnie, upatrującej swej szansy w grze z kontry. Boczni obrońcy, grający w pierwszym spotkaniu tak ofensywnie, że można by ich uznać za skrzydłowych i zapisać ustawienie lizbończyków jako 2-1-5-2, teraz rzadko opuszczali swoją połowę. Aby dodatkowo wybić im to z głowy, na swoim prawym skrzydle szaleli Jallet z Cearą. Umiejętnie uzupełniający się w grze zarówno ofensywnej, jak i defensywnej (Gdy to Benfica atakowała tym skrzydłem, Jallet odpowiedzialny był za szukającego dośrodkowania Coentrao, a Ceara schodził do środka za robiącym wolne miejsce na skrzydle dla podłączającego się obrońcy Gaitanem). Przy takiej grze taktyka kontrataków mistrzów Portugalii zakładała próbę wyprowadzenia piłki przez Aimara grającego głęboko (tak jak i cały zespół), w okolicach połowy boiska, i cofającego się po piłkę Savioli. Jednak uniemożliwiali to bardzo dobrze grający defensywni pomocnicy PSG, wychowanek Chantome i rewelacyjny jak zwykle Makelele (38 lat, a w takiej formie, że kibice Olympique Lyon na pewno żałują, że nie posiadali takiego zawodnika w meczu z Realem Madryt! Wczoraj był zarówno nieoceniony w destrukcji, gdzie przejął wiele piłek, jak i pomagał spokojnie wyprowadzić piłkę z własnej połowy nawet przy pressingu rywali). Szukając innego sposobu, obrońcy Benfiki zagrywali długie piłki na Oscara Cardozo, jednak ten był bez szans w starciu z kapitalnie dysponowanym Mamadou Sakho. Wygrywał on wszystkie pojedynki zarówno w powietrzu, jak i na ziemi. Przy tak dobrej grze defensywnej paryżan Benfica jedynie raz zagroziła rywalom w pierwszej połowie. Gospodarze trochę przecenili swoje siły i pozwolili wyprowadzić rywalom kontrę w przewadze liczebnej 6 v 5. Kontratak ten zakończył się bramką Benfiki, zdobytą przez Gaitana po ogromnym błędzie Edela. Można się kłócić, że trochę za dużo miejsca i czasu zostawił skrzydłowemu obrońca, ale zdecydowana wina za utratę bramki znajduje się po stronie bramkarza.
Utrata gola nie podłamała paryżan i dążyli oni do zdobycia gola tak jak wcześniej. Od samego początku spotkania atakowali oni bramkę gości i efektem tego była zupełna dominacja na boisku. Co raz albo dośrodkowywali ze skrzydła Jallet lub Ceara, albo luki w obronie gości szukali prostopadłym podaniem Nene lub Bodmer. I tak sytuacji po idealnym podaniu Nene, minutę po stracie gola, nie wykorzystał Erding. Bramka nadeszła w 35. minucie. Erding wygrał górną piłkę z wyższym Luisao, a Bodmer uderzył fantastycznie. I można zastanawiać się zarówno, która bramka ładniejsza oraz co w czasie zdobywania tych goli robili obrońcy?










