Przyszłość Nielsa Frederiksena. Jak długo Duńczyk będzie trenerem Lecha Poznań?


Drugi sezon Lecha Poznań pod batutą Nielsa Frederiksena. Duńczyk notuje gorszy sezon, ale wciąż ma szanse przejść do historii

23 marca 2026 Przyszłość Nielsa Frederiksena. Jak długo Duńczyk będzie trenerem Lecha Poznań?
Weronika Pospiech

Lech Poznań po raz pierwszy w sezonie liderem Ekstraklasy. To pocieszenie, którego fani „Kolejorza” potrzebowali, bo przecież w ostatnich tygodniach utracili karnet na emocje w Pucharze Polski i Lidze Konferencji. Trenerem wciąż pozostaje Niels Frederiksen. Obecna kampania przyniosła trochę perturbacji, logicznie wątpliwych decyzji i nawet dyskusji na temat zwolnienia Duńczyka. Jego kontrakt kończy się w czerwcu tego roku.


Udostępnij na Udostępnij na

Ponad 30 lat oczekiwania

Bo pytanie jest, gdzie znajduje się sufit możliwości Nielsa Frederiksena? Czy najlepszym, co może wypracować jest mistrzostwo Polski? Jeżeli będzie w tym regularny, kibice Lecha Poznań nie powinni być rozczarowani. „Kolejorz” w swojej historii dwukrotnie wygrywał tytuł mistrzowski dwa razy z rzędu. W sezonach 82/83 i 83/84 pod batutą Wojciecha Łazarka, a w latach 91/92 i 92/93 pod wodzą Henryka Apostela. Ten drugi tytuł był okraszony kontrowersjami. Niemniej, Poznań na taki zaszczyt czeka więc aż 31 lat. Znakomita szansa dla Nielsa Frederiksena, by zagościć w zaszczytnym gronie i stać się legendą tego klubu.

Wiemy, że obecny sezon jest jaki jest. Walkę o utrzymanie i rywalizacje o europejskie puchary dzielą raptem dwa chude tudzież obfite tygodnie. Istotnym czynnikiem jest szczęście. Jakość, niestety, zjeżdża na bocznicę. Jeżeli w takiej kampanii „Kolejorz” wyszarpie mistrzowski tytuł w ostatniej kolejce, w iście dramatycznych okolicznościach, czy Niels Frederiksen powinien otrzymać głośne owacje na stojąco w pakiecie z nowym kontraktem?

Głupio by było nie dać, w końcu gość zrobił coś, na co kibice czekali ponad trzy dekady i zapewnili mu to tylko Henryk Apostel i Wojciech Łazarek – niekwestionowane legendy naszej piłki. Z drugiej, najdroższa kadra w historii, szeroki skład, ławka taka, co by nawet w takiej Jagiellonii Białystok była pierwszym składem. Dominacja jest obowiązkiem.

Lech Poznań ze słabszym dorobkiem punktowym niż w poprzednim sezonie

Jest tu trochę gdybania. Jest dopiero marzec, liga, owszem, jest wyrównana, ale Lech Poznań ma jeszcze szansę, by ją absolutnie zdominować. Nawet jeżeli podopieczni Nielsa Frederiksena zasiądą na piedestale kilka poziomów nad resztą ligowej zgrai, nie zanotują progresu względem poprzedniego sezonu. Do zdobycia są jeszcze 24 punkty. Niemało, to fakt, ale nawet jeżeli Lech zdobędzie je wszystkie, w co mimo wszystko trudno uwierzyć, będzie o dwa punkty słabszy niż rok temu. A obecna filozofia Lecha Poznań opiera się na tym, by systematycznie notować progres.

Na papierze, Lech ma lepszy skład. Niels Frederiksen nie wykorzystuje potencjału?

Na papierze, tegoroczna kadra jest silniejsza niż przed rokiem. Przypomnijmy, że mistrzostwo Polski zostało wyszarpane przez Aliego Gholizadeha grającego na zastrzykach, Rasmusa Cartstensena na lewym skrzydle i Dino Hoticia w środku pomocy. Z ławki rezerwowych wchodzili Bryan Fiabema, Kornel Lisman, Mario Gonzalez i Wojciech Mońka, który u schyłku ubiegłego sezonu nie był jeszcze gwarantem bezpieczeństwa defensywy „Kolejorza”. Dzisiaj ławka rezerwowych wygląda, przynajmniej na papierze, o wiele lepiej. Suchy wynik sportowy znacząco umniejsza wykonanym transferom, wszelkim zmianom i nie wskazuje na progres.

Lech Poznań grał, do niedawna, na trzech frontach. Na początku rundy musiał zmagać się ze straszną plagą kontuzji. Może to posłużyć jako częściowe usprawiedliwienie duńskiego szkoleniowca. Czego jednak wymagano od mistrza Polski na europejskim podwórku? Cóż, trochę więcej niż dostaliśmy.

Przeciętny wynik w europejskich pucharach. Kamyczek do ogródka Nielsa Frederiksena?

1/8 finału Ligi Konferencji UEFA. To wynik bardzo odległy od kompromitacji. Polskie drużyny i sam Lech przyzwyczaiły nas jednak w ostatnich latach do lepszych rezultatów. I oczywiście, należy pamiętać o tym, że kilka lat temu to ekstraklasowe zespoły wykruszały się na etapie eliminacji z naprawdę beznadziejnymi rywalami. Piłkarski trzeci świat był w stanie zafundować surową, poniżającą lekcje futbolu. Złośliwi powiedzą, że dzisiaj też się tak czasem zdarza i to szczególnie, gdy jest się Lechem Poznań – trauma gibraltarska zostanie w kibicach Kolejorza na jakiś czas. Niemniej, ta wtopa nie wiązała się z pożegnaniem z turnieju. Lech „tylko” głupio stracił punkty i przysporzył sobie nerwów na końcówkę fazy ligowej Ligi Konferencji. Mogło być gorzej.

Dobrze jednak notować progres. Widzieć, czarno na białym, postęp klubu. Tego, że jesteśmy w stanie podjąć rywalizacje, jak równy z równym, przeciwko zespołowi, który mógłby zaznaczyć swoją obecność w Lidze Europy czy nawet Lidze Mistrzów. Rzućmy zatem okiem na listę klubów, które Niels Frederiksen w Lidze Konferencji pokonał:

  • Rapid Wiedeń
  • Lausanne
  • Sigma Ołomunec
  • KuPS Kuopio
  • Szachtar Donieck (w rewanżu, bo dwumecz padł łupem rywali)

Nie robi to na nas wrażenia. I szczerze, więcej jakości było na liście pokonanych przez Legię Warszawa i Jagiellonii Białystok przed rokiem. Lech uległ w eliminacjach z Crveną Zvezdą i KRC Genk. Pierwsze mecze, brutalne weryfikatory. Rewanże – Lech grał jakby wyciągnął wnioski, Niels Frederiksen nie próbował za wszelką cenę udowodniać, że trzeba dominować i utrzymywać się przy piłce.

Pierwszy mecz z Szachtarem, do zapomnienia

W Lidze Konferencji UEFA – ten sam casus – dwumecz z Szachtarem Donieck. Pierwszy mecz, Lech Poznań zgrywa kozaka, mimo że Szachtar grał dużo bardziej intensywnie i był bardziej jakościowy. W takich meczach trzeba mieć pokorę. Otwierać się stopniowo. Dać rywalowi popełnić błąd. Wiadomo, że granie do przodu, z pełnym przekonaniem o tym, że jest się lepszym od rywala jest naprawdę atrakcyjne, ale to nie Tinder, a futbol. Trzeba mieć świadomość swoich ograniczeń, wysunąć na pierwszy ogień inne, mniej oczywiste atuty, w których być może jest się lepszym od rywala. W rewanżu się udało, poza oczywiście feralnym meczem przy Bułgarskiej, „Kolejorza” wyeliminował pech. Trudno nawet winić Joao Moutinho, któremu trudno było przewidzieć, że nadzieje się na piłkę i wpakuje ją do własnej siatki w tak nieszczęśliwy sposób. W końcu Portugalczyk zagrał naprawdę przyzwoite spotkanie, a na pewno swoje najlepsze w niebiesko-białych barwach.

Z Rayo Vallecano zadecydowała utrata koncentracji, głupie błędy w defensywie i nieprzemyślane zmiany Nielsa Frederiksena. W końcówce fazy przejściowe z ataku do obrony wyglądały naprawdę mizernie. Rayo Vallecano udowodniło, że jest z tego świata futbolu, do którego Lechowi jeszcze trochę brakuje.

Być może pokonanie Mainz byłoby czymś „wow”. Nie dowiemy się, bo udało się utrzymać remis. Wynik nienajgorszy dla „Kolejorza”, zwłaszcza, że w następnych tygodniach niemiecka drużyna systematycznie prezentowała się coraz lepiej i pod wodzą nowego szkoleniowca, znającego Poznań Urscha Fischera opuściła strefę spadkową Bundesligii. Tak czy siak, pokonanie Niemców nie było wcale niemożliwe, szczególnie, że mecz kończyli w dziesiątkę. Lech jednak bardzo długo walił głową w mur, a Mainz dzięki mądrej taktyce i zastawieniu się na własnej połowie skutecznie broniło remisu.

Niels Frederiksen nie radzi sobie z mocniejszymi rywalami

Wyłączając mecz z Mainz 05 i rewanż z Szachtarem Donieck – porażki z zespołami z tego lepszego, bardziej jakościowego piłkarskiego świata, w którym już chcemy się znaleźć to często rezultat upartości Nielsa Frederiksena, chybionej taktyki albo decyzji personalnych.

Niels Frederiksen już nieco lepiej rozumie Ekstraklasę, na pewno umie w niej punktować na tyle, by Lech Poznań koniec końców walczył o mistrzostwo. W Europie czuje się zbyt pewny siebie. Być może na treningach ma ku temu przesłanki. Crvenę Zvezdę można by puścić w niepamięć, uznać za taki mecz pilotażowy w świecie futbolu, ale pod warunkiem lepszej prezencji w pierwszym spotkaniu z KRC Genk, gdzie masa błędów indywidualnych, chaos w defensywie, ponownie przejścia z ataku do obrony kulały, Lech zagrałby odpowiedzialniej. Nawet gdyby potem udało się dowieźć ten mecz z Rayo, czy wygrać dwumecz z Szachtarem.

Wyszło jak wyszło. Niels Frederiksen meczem zwieńczającym przygodę Lecha Poznań w europejskich pucharach udowodnił, że jest w stanie wyciągać wnioski z błędów. Czasem trzeba jednak porzucić budowanie tożsamości w oparciu o dominacje na boisku jako priorytet. Okej, z Termaliką czy Piastem Gliwice będzie efekt wow, ale niekoniecznie z Szachtarem, Rayo, Genk czy Crveną Zvezdą. Trzeba też odstawić Mateusza Skrzypczaka, który ma na sumieniu wiele goli dla rywali Lecha Poznań, a wiele jego zagrań i zachowań mogło się skończyć jeszcze gorzej.

Czy dawać szansę Nielsowi Frederiksenowi?

Uczciwym będzie dać szansę Frederiksenowi poprawić historię Lecha w europejskich pucharach jeszcze za rok. Jeżeli będzie w stanie je wywalczyć w Ekstraklasie, niech gra dalej. Miejmy na uwadze, że pod jego okiem rośnie Wojciech Mońka, wciąż dobrze wygląda Antoni Kozubal, progres notują nowi zawodnicy – Pablo Rodriguez i Yannick Agnero (choć w tym drugim przypadku trzeba mieć nieco więcej cierpliwości). Nie jest powiedzianym, że potencjalny następca Duńczyka będzie lepszym trenerem, a Frederiksen także zdobywa nowe doświadczenia i coraz częściej pokazuje, że potrafi być elastyczny, a w rewanżu z Szachtarem, jego nietypowy pomysł na wyjściową jedenastkę, mimo wszystko, obronił się. To typ trenera, który zagra czasem na nerwach kibicowi, sprawi, że w momencie ogłoszenia składu kibicom Lecha albo podskoczy ciśnienie albo chwycą się za głowę i powiedzą parę niecenzuralnych słów – w szerszej perspektywie te duńskie wymysły mogą się obronić.

A jak zrobi mistrzostwo Polski, nie ma co się dwa razy zastanawiać. Dokonać czegoś, co w tym klubie zrobili tylko Łazarek i Apostel to rzecz bardzo duża.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze