Nadzieja – różnie o niej mówią. Jedni z uporem twierdzą, że jest matką głupich, drudzy wciąż powtarzają, że umiera ostatnia. A prawda, jak to zazwyczaj bywa, leży gdzieś po środku. Zarówno Legia, jak i Lech wciąż marzą o tym, że ziści się ich piękny sen o fazie pucharowej Ligi Europy. Jednak czy istnieją ku temu jakiekolwiek realne przesłanki?
Matematyczne szanse
Frazes oklepany, wyświechtany, przez lata używany w kontekście klubów czy reprezentacji, na stałe wszedł do kanonu najbardziej idiotycznych stwierdzeń okołopiłkarskich. Umiesz liczyć? Licz na siebie. I właśnie od tego powinni zacząć piłkarze z Warszawy i Poznania. Scenariusz, w którym obie drużyny przechodzą do dalszej fazy rozgrywek, ma swoje korzenie w klasykach literatury science-fiction. Jednak nikt nie odbiera sympatykom „Wojskowych” i „Kolejorza” prawa do marzeń. Potrzeba szczęścia, ale nie szczypty, nie odrobiny, a raczej całej fury. Szczęściu trzeba jednak pomóc – wygrać mecze z Napoli i Bazyleą, a dopiero potem liczyć na korzystne rozwiązania w pozostałych meczach.
Wszyscy doskonale wiedzą, jaki układ daje awans polskim zespołom, dlatego szkoda słów na kolejną nużącą analizę i wałkowanie sprzyjających scenariuszy. Warto by się jednak zastanowić, co musi się stać, aby Legia i Lech pokonały swoich rywali.
W cieniu Wezuwiusza
15 punktów w 5 meczach, bilans 17:1 – tak wygląda Napoli w tegorocznej Lidze Europy. Prawdziwy walec, który rozjeżdża kolejnych rywali, którzy pojawiają się na drodze wiodącej do finału – bo z pewnością takie są ambicje Neapolitańczyków. W Serie A walczą o scudetto, ale nie zaniedbują przy tym europejskich rozgrywek, które często są dla włoskich zespołów jedynie dodatkiem, pucharem pocieszenia, okazją do testowania młodzieży.
Dla porównania Legia w pięciu meczach zdobyła cztery punkty i legitymuje się bilansem 2:5. Delikatnie mówiąc, nie jest to kwintesencja futbolu totalnego. Na piłkarzy z Warszawy w tej edycji Ligi Europy nie patrzy się z wypiekami na twarzy, a raczej z przemożną ochotą sięgnięcia po jeden z mocniejszych trunków schowanych głęboko w domowym barku. Dwa strzelone gole na przestrzeni czterech spotkań – modelowy przykład tego, jak nie należy grać w piłkę nożną. Obrońcy Napoli z pewnością drżą przed rajdami Kucharczyka, przed penetrującymi podaniami Dudy i doskonałymi wrzutkami Brzyskiego. Ale jeśli oglądali niedzielny mecz z Wisłą bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że turlają się po podłodze nie mogąc powstrzymać śmiechu.
Nic, kompletnie nic nie przemawia za tym, że Legia może sprawić w Neapolu niespodziankę. To jest niemożliwe, nierealne, nieprawdopodobne etc. Ale futbol lubi takie historie i chyba tylko w tym podopieczni Czerczesowa mogą upatrywać swojej szansy. W końcu kiedyś Dawid pokonał Goliata, a historia lubi się powtarzać. W roli procy może wystąpić Nikolić, który strzela jak na zawołanie Śląskom i Górnikom, ale abyśmy zaczęli postrzegać go jako napastnika kompletnego, musi przełamać się w meczach ze znaczącymi rywalami.











