W spotkaniu 3. kolejki Ligi Narodów reprezentacja Holandii podjęła w Rotterdamie kadrę Polski. Nasi reprezentanci musieli zrehabilitować się po środowym blamażu z innym z krajów Beneluksu. Finalnie mecz zakończył się wynikiem 2:2, chociaż możemy czuć lekki niedosyt, gdyż nasza reprezentacja prowadziła 2:0 do 51. minuty. Nie można jednak nie zauważyć, że Czesław Michniewicz dobrze zareagował na wtopę w poprzednim spotkaniu.
Reprezentanci Polski, co oczywiste, nie zdominowali Holendrów. Zagrali jednak dobre spotkanie, można wręcz powiedzieć, że typowe dla drużyn Michniewicza. Wykorzystaliśmy swoje okazje i potrafiliśmy się skutecznie bronić.
Trzeba było przeszkadzać
W takich meczach ważne jest, aby jak najczęściej dać się we znaki rywalowi. Nie uzbieralibyśmy wielu sytuacji (zwłaszcza w pierwszej połowie), w których Holendrzy mogli poczuć się komfortowo.
W każdej akcji nasi pokazali, że nie będą odstawiać nogi. Lekkie kopnięcia, gra bark w bark, przepychanie się, popychanie, chwytanie za koszulkę. Polacy robili wszystko, co mogło wypchnąć Holendrów z rytmu.
Na myśl o takich zagraniach od razu w głowie widzimy Jacka Góralskiego. Polak na boisku spędził 57 minut i zdecydowanie wykonał swoje zadanie. Podostrzył i nie dostał żółtej kartki. Faulował tylko raz. Jego wejścia były twarde, pewne, czyste i z pewnością irytujące dla kadry „Oranje”.
Podobnie spisywał się blok obronny. Każde zagranie prostopadłe górą, których zresztą nie było dużo, bo nasi grali głęboko w obronie, jeżeli nie lądowało na głowie któregoś z Polaków, kończyło się niegroźnie. W pierwszej połowie Bergwijn dostał takie podanie, ale dzięki lekkiemu pchnięciu Kiwiora nic z piłką nie zrobił.
Inteligentnie w obronie
Tutaj coś, o czym już wcześniej wspomnieliśmy – reprezentacja Polski grała dosyć głęboko w obronie, a przede wszystkim często wszyscy byli najdalej na 35 metrów od bramki, gdy Holendrzy podchodzili pod pole karne. Umożliwiło to szybki doskok do rywali i przeszkadzanie im.
Reprezentacja Polski nie kusiła się często na pressing daleko od swojej bramki, woleliśmy cofnąć się i odbudować formację, aby móc przycisnąć rywala na naszej połowie i ruszyć z kontratakiem. Również bardzo dobrze przesuwaliśmy się w obronie. Graliśmy „Czesławizmo”.
Nie pozwoliliśmy również Holendrom na to, na co tak często pozwalała Belgia. „Czerwone Diabły” w głównej mierze traciły bramki po niedoskoczeniu do rywala. My nie dopuściliśmy do sytuacji, w których gracz Holandii mógłby się obrócić z piłką na dwadzieścia parę metrów od bramki i uderzyć z dystansu.











