Jako wielki, choć mierzący tylko 180cm, fan Arsenalu, podobnie jak Thierry Henry miałem mieszane odczucia, gdy moja ukochana drużyna trafiła na wielką „Barcę”. Nauczony doświadczeniami z lat poprzednich, kiedy to „Kanonierzy” mieli dość łatwą drabinkę pucharową, spodziewałem się kogoś z odrobinę niższej futbolowej półki, niż obrońcy tytułu sprzed roku. Z drugiej jednak strony, pojedynek dwóch najładniej grających drużyn w Europie zapowiadał się na prawdziwie piłkarskie święto. Po obejrzeniu meczu „świętem” bym tego nie nazwał, ale to spotkanie było… inne niż wszystkie, które dotąd widziałem.

Arsenal ostatnio był w wysokiej formie, nie licząc wpadki z Birmingham, a kontuzji jak na tę drużynę nie było dużo, dlatego też byłem przekonany, że na Ashburton Grove podopieczni Wengera postawią ekipie Guardioli prawdziwie wyspiarskie warunki połączone z finezyjną grą. Tym bardziej iż „Blaugrana” jak dotąd w Lidze Mistrzów niezbyt czarowała, a fazę grupową ukończyła w dużych bólach.
Chłopcy do bicia
Jednak po pierwszym kwadransie środowego spotkania przecierałem oczy ze zdumienia i to z wielu powodów. Dominacja gości była tak wyraźna, tak całkowita, jakbyśmy oglądali pojedynek pomiędzy juniorami a seniorami. Rzec, że „Kanonierzy” mieli problem z wyprowadzeniem futbolówki z własnej połowy, to głębokie niedopowiedzenie. W mojej głowie narodziło się wtedy sporo pytań. Po pierwsze, jakim cudem żaden z zawodników Barcelony nie trafił wtedy do siatki? Jak zwykle w takich momentach kieruję wzrok ku górze, szukając śladów boskiej interwencji, jednak tym razem odpowiedź była na ziemi. Manuela Almunii nie lubię, nigdy nie uważałem go za dobrego bramkarza, ale styl, w jakim bronił uderzenia Messiego, a w szczególności Xaviego, zapamiętam na długo. Hiszpan z angielskim paszportem był jak w transie, wyprzedzał myślą nogę Messiego, co przecież wydaje się jakimś futbolowym paradoksem. Nawet piąstkowanie, które zawsze u golkipera „Kanonierów” kulało, tym razem wykonywane było nadzwyczaj perfekcyjnie.
Ostatnim moim pytaniem nie było wbrew pozorom „czy Arsenal się podniesie?”, ale „kiedy to zrobi?”. I faktycznie, gospodarze przetrzymali nawałnicę i zaczęli powoli wymieniać podania na tyle, na ile pozwolił im bardzo wysoki i de facto skuteczny pressing przeciwników. Z każdą minutą „Kanonierzy” podchodzili coraz bliżej bramki Valdesa, ale niestety nie był to efekt ich lepszej gry, tylko tego, że Guardiola kazał swoim pupilom złapać drugi oddech.
Zdążyłem jednak doskonale zapamiętać, w odróżnieniu od takiego Michała Pola ze studia, wszystkie akcje moich ulubieńców. Biłem brawo, gdy Arszawinowi udało się po niezłym dryblingu kopnąć piłkę w stronę Valdesa, podniosłem się z fotela przy strzale Nasriego i nawet wyskoczyłem w górę w przypływie nagłych uczuć, gdy Bendtner trafił w słupek, wiedząc przecież, że spalony był co najmniej kilometrowy. To były akty rozpaczy, zarówno z mojej strony, jak i ze strony piłkarzy Wengera. Istotnie, w pierwszej połowie zawiodłem się na gospodarzach, bowiem liczyłem na epicką bitwę, nieszablonowe akcje z obu stron i wreszcie prawdziwą batalię w środku boiska o posiadanie piłki. Batalię, która nie byłaby pustym frazesem często używanym przez dziennikarzy, jako synonimicznego zwrotu dla „na boisku wieje nudą”, ale czynnikiem, który miałby zadecydować o tym, kto tego dnia przechyli szalę zwycięstwa na swoją korzyść. To wszystko było niepotrzebne, bo kto grał lepiej, było widać gołym okiem, żadna epicka bitwa czy batalia nie miały miejsca. To było po prostu wprowadzenie bordowo-granatowego konia trojańskiego na Emirates Stadium, a gdy wysypali się z niego wojownicy pod wodzą Guardioli, jedyną niewiadomą był czas, w którym rozpocznie się rzeź.









