Marsylia po znakomitej drugiej połowie rozbiła cypryjski Limassol aż 5:1. Mimo iż to goście pierwsi zdobyli bramkę, lider francuskiej ligi nie pozostawił złudzeń, kto w tym meczu sięgnie po trzy punkty. Zwycięstwo Marsylia osiągnęła dzięki świetnym zmianom trenera, który wpuścił Valbuenę i Gignaca.
W drugim spotkaniu grupy C Ligi Europy Marsylia podejmowała cypryjski Limassol. Obie drużyny w pierwszych meczach zdobyły jeden punkt, więc teraz pragnęły w końcu zwyciężyć. Większe szanse ku temu dawano Francuzom, którzy nie dość, że grali u siebie, to jeszcze znakomicie zaczęli sezon w lidze. Nawet porażka z Valenciennes nie może tego zatrzeć, bo wcześniej było sześć wygranych z rzędu. Marsylia ruszyła więc od początku na rywala, podpierając ataki indywidualnymi umiejętnościami Jordana Ayew, znakomitego dryblera.

Cypryjczycy nie ugięli się jednak pod naporem bardziej utytułowanego rywala. Być może dodawała im otuchy bardzo liczna grupa kibiców, fanatycznych fanów, którzy przybyli, by dopingować swoich idoli, podnosić na duchu w trudnych momentach. A tych z biegiem czasu było coraz więcej, bo gospodarze nie zamierzali poprzestać na drugim remisie w fazie grupowej Ligi Europy. W 15. minucie po bardzo groźnej kontrze mocny, ale niecelny strzał oddał Remy. To było kolejne ostrzeżenie dla pasywnie grających gości. Dlatego też piłkarze Limassolu postanowili zaatakować, choć trzeba przyznać, że robili to bardzo nieporadnie.
Natomiast Marsylia próbowała po stałych fragmentach gry. W 20. minucie po centrze Bartona minimalnie pomylił się Fanni. Niespodziewanie to, co nie udało się piłkarzowi gospodarzy, uczynił po rzucie rożnym gracz gości. Po zamieszaniu w polu karnym piłka szczęśliwie upadła pod nogi obrońcy Ouona, a ten nie zawahał się ani chwili. Uderzył od razu bez przyjmowania piłki i trafił w samo okienko bramki Mandandy. Gol rozochocił gości, rozjuszył ich kibiców, a nam dał bardzo ciekawe widowisko. Teraz to Marsylia musiała gonić wynik, ale czasu miała ogromnie dużo, ponieważ była to dopiero 22. minuta.
Dokładnie 20 minut później starania Marsylii przyniosły wymierną korzyść. Znowu trochę szczęście dopisało strzelcowi, bo z futbolówką po dośrodkowaniu Mendesa minął się obrońca, ale sam strzał głową był już niezwykłej urody. Fanni, bo to on dał wyrównanie Marsylii, mógł cieszyć się z gola, lecz już za chwilę musiał ratować gospodarzy przed utratą bramki. Bardzo blisko po stronie gości w 45. minucie był Monteiro, jednak jego strzał końcówkami palców obronił Mandanda. Dzięki temu na Stade Velodrome po 45 minutach mieliśmy jakże szczęśliwy dla miejscowych remis 1:1.











