Łącznie siedemnaście tytułów mistrzowskich w ciągu 28 sezonów. Dominacja dwóch klubów z Manchesteru w erze Premier League przez lata nie pozostawiała złudzeń. Dominacja, która wielkimi krokami zbliża się jednak do końca. Projekty Pepa Guardioli oraz Ole Gunnara Solskjaera jakby doszły już do ściany, a obaj menedżerowie nie mieli natomiast pomysłu, jak obejść przeszkodę. Czy to rzeczywiście koniec dominacji klubów z Manchesteru w angielskiej ekstraklasie?
Chude lata. To chyba najtrafniejsze określenie na sytuację Manchesteru United po przejściu sir Aleksa Fergusona na emeryturę. Z każdym kolejnym rokiem imperium zbudowane przez utytułowanego Szkota rozpadało się coraz bardziej. Zawodnicy, z którymi święcił liczne triumfy, w większości nagle okazali się po prostu słabi, tym samym potwierdzając tylko geniusz byłego menedżera. Sir Alex Ferguson potrafił z podopiecznych wycisnąć 150%. Następcy legendy Old Trafford już nie za bardzo. Trzeba jednak przyznać, że próbowali. Niemniej zawsze tonęli w cieniu legendarnego Szkota. Stołek menedżera Manchesteru United oprócz olbrzymiej nobilitacji stał się posadą tylko dla odważnych.
Śmiałków jednak nie brakowało, a wśród nich największe nadzieje upatrywano w osobie Ole Gunnara Solskjaera. Norwega, jeszcze nie tak dawno łączonego przecież z możliwością objęcia Legii Warszawa, zatrudniono jednak jakby na fali byłych zawodników, którzy z powodzeniem radzili sobie następnie na ławkach trenerskich. Niedawny ulubieniec trybun miał być dla zespołu z Old Trafford tym, kim dla Realu Madryt Zinedine Zidane. Tak dotychczas się nie stało i prawdopodobnie się już nie stanie. Dzięki Norwegowi, metaforycznie, sympatycy „Red Devils” przejechali się jednak kilka razy kolejką górską.
Manchester w pełni, czyli fałszywy zbawiciel i pogubiony Pep
Seria zwycięstw po objęciu posady menedżera przez Ole Gunnara Solskjaera sprawiła, że Old Trafford zalało morze wiary. Manchester United po kolejnych niepowodzeniach miał w końcu znaleźć godnego następcę sir Aleksa Fergusona. Menedżera, który zdetronizuje City. To tyle, jeśli chodzi o krainę marzeń, bo po kilku kolejnych tygodniach rzeczywistość zapukała do drzwi Old Trafford. Seria zwycięstw się skończyła, zaczęła gra w kratkę, a widok zagubionego i wciśniętego w fotel Norwega nie napawał optymizmem. Menedżer szybko ze zbawiciela został przemianowany na wuefistę. Cóż, łaska kibica na pstrym koniu jeździ.












