Łukasz Fabiański: Chcę jeszcze parę lat grać w piłkę [WYWIAD]


O Złotej Rękawicy, Swansea, która uratowała mu karierę, czy podejściu do karnych na Euro 2016

12 sierpnia 2023 Łukasz Fabiański: Chcę jeszcze parę lat grać w piłkę [WYWIAD]
Paul Chesterton / Focus Images / MB Media / PressFocus

Łukasz Fabiański na Wyspach Brytyjskich osiągnął wiele. Właśnie rozpoczyna swój 17. sezon w najlepsze lidze świata. W Premier League ma już ponad 350 spotkań, w tym roku udało mu się także podnieść puchar za triumf w Lidze Konferencji Europy. W wywiadzie z nami opowiada m.in. o swoich największych sukcesach w Anglii, meczach, które szczególnie zapamięta z reprezentacyjnej kariery, czy ciągłym rozwoju.


Udostępnij na Udostępnij na

Człowiek uczy się całe życie, ale czy z tak doświadczonym bramkarzem jest podobnie? 

Myślę, że tak. Są elementy, których trzeba się uczyć wraz z rozwojem piłki nożnej. Wymagania wobec bramkarzy się zmieniają i trzeba się do nich dostosowywać. Jako doświadczony bramkarz uczę się też elementów taktycznych, testujemy nowe sposoby rozgrywania piłki. Cały czas trzeba nad sobą pracować i są rzeczy, które trzeba doskonalić. 

Przed 300. meczem w Premier League udzielał Pan wywiadu, mówił Pan, że do 400 będzie bardzo trudno dobić. Dzisiaj tych spotkań ma Pan 352. 400 staje się coraz bardziej realne? 

Nie wiem. Potrzebny by był ten sezon i jeszcze jeden. Na teraz nie zastanawiałem się nad tym, jaką liczbę spotkań będę w stanie rozegrać. Przede wszystkim chcę być zdrowy i dobrze przygotowany, żeby dać sobie w ogóle szansę na rozgrywanie wielu meczów. Są kwestie, które są zależne ode mnie, jak moje przygotowanie, moja dyspozycja, ale są też takie, na które niekoniecznie mam wpływ, na przykład decyzje trenerów czy polityka klubu pod kątem personaliów. Oczywiście ja ze swojej strony będę robił wszystko, żeby nie dać jakichkolwiek podstaw do tego, żeby mnie ograniczyć, jeżeli chodzi o liczbę rozegranych spotkań. Na jakiej liczbie licznik się zatrzyma – zobaczymy. 

Ale 100 czystych kont to już cel, o którym bardziej możemy mówić, bo wystarczy ich już tylko siedem. 

To też jest na pewno bardzo fajna liczba, która sprawiałaby satysfakcję. Trzeba dążyć do tego, co mogę więcej na ten temat powiedzieć. 

Jest też Pan posiadaczem rekordu, jeśli chodzi o największą liczbę obronionych rzutów karnych w Premier League. Trzymajmy kciuki, żeby jeszcze był śrubowany, ale czy uważa Pan, że może być zagrożony w najbliższych latach? 

Właściwie jako bramkarz nie chce się, żeby rzuty karne były dyktowane na twoją niekorzyść, bo to nie do końca dobrze świadczy o drużynie. Ogólnie ciekawa kwestia, bo patrząc na historię tych bramkarzy, którzy mają dużą liczbę obronionych rzutów karnych, to raczej są to bramkarze, którzy grali w zespołach niebijących się o jakieś wyższe cele, a raczej takich, które dostarczały im dużo roboty, i z tego tytułu dużo się dzieje w ich polach karnych i stąd się biorą rzuty karne. Nie wiem, czy to będzie w jakimś stopniu zagrożone. Ten rekord to na pewno dla mnie kolejny powód do jakiejś małej satysfakcji. 

Jaka jest rzecz, której najbardziej Pan żałuje, że nie udało się Panu osiągnąć, i dlaczego jest to Złota Rękawica? 

Jeden sezon byłem bardzo blisko, bo praktycznie do ostatniej kolejki biłem się o tę Złotą Rękawicę – było to w czasach, w których grałem w Swansea. Na tamten czas by była to dla mnie satysfakcja, bo zdobyć Złotą Rękawicę, grając w takim klubie jak Swansea, to by było ogromne wyróżnienie. Kto wie, może jeszcze będzie mi dane to zdobyć? Ogólnie jednak tendencja jest taka, że o te wyróżnienie biją się bramkarze, którzy grają w klubach z pozycji dających udział w Lidze Mistrzów.  

Z drugiej strony, ja wiem, że to fajnie brzmi, że bramkarz zdobywa Złotą Rękawicę, ale moim zdaniem jest to bardziej nagroda dla całej drużyny, która pokazuje, jak ten zespół dobrze gra w obronie. 

Foto Paul Chesterton / Focus Images / MB Media / PressFocus

Z jakiego osiągnięcia jest Pan na Wyspach najbardziej dumny? 

Tak oficjalnie to mogę powiedzieć, że ze zdobytych pucharów – jeden Puchar Anglii z Arsenalem i teraz Liga Konferencji z West Hamem. Myślę, że to są dwa najfajniejsze momenty mojej kariery na Wyspach. Z Arsenalem to był trudny moment, bo wiadomo, że jest to klub z oczekiwaniami, a dosyć długo kibice musieli czekać na trofeum. Presja była ogromna. A z West Hamem to już jest zupełnie inna historia, bo raczej nikt od tego klubu nie oczekiwał zdobywania pucharów, patrząc na poziom rywalizacji w Premier League, a tym bardziej tytułów na arenie międzynarodowej. A nam udało się dwa razy grać w tych europejskich pucharach, teraz będziemy mieć trzeci sezon. No i też kilkadziesiąt lat minęło od ostatniego trofeum zdobytego przez West Ham. Jestem bardzo dumny z tego, że jestem częścią tej drużyny. 

A jakby miał Pan wskazać najważniejszego trenera w Pana karierze? 

Myślę, że całościowo jako klub mogę tutaj wskazać Swansea. A więc też trenera Garry’ego Monka ze sztabem m.in. Javim Garcią – trenerem bramkarzy. Zdecydowali się na mnie w wieku 29 lat, kiedy przez bardzo długi czas byłem bramkarzem numer dwa w Arsenalu, więc zaufali mi, postawili na mnie. Dzięki temu wyszedłem na dobrą drogę. Uważam, że przejście do Swansea to był najbardziej kluczowy moment w mojej karierze. 

W Neapolu Bartosz Bereszyński może liczyć na darmową pizzę, na co w Londynie będzie mógł liczyć Łukasz Fabiański? 

Mam nadzieję, że na pozytywne kojarzenie mojej osoby. W sensie materialnym wątpię, żeby mi tu serwowano coś za darmo, natomiast jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, to chcę być dobrze widziany jako osoba. 

Jest taka książka, „Moje najważniejsze 90 minut”, w której, jak sama nazwa mówi, autorzy pytają byłych zawodników reprezentacji Polski o ich najważniejsze 90 minut. Wskazałby Pan najważniejszy mecz w kadrze dla Pana? 

Najważniejsze 90 minut? Trudno znaleźć jedno najważniejsze. Ważny mecz dla mnie to na pewno spotkanie z Irlandią na wyjeździe w eliminacjach mistrzostw Europy, w którym było trochę zagadkowe, kto wskoczy do bramki. Trener zdecydował się postawić na mnie. Było to dla mnie naprawdę ważne, dobrze się poczułem, bo rozegrałem ważny mecz eliminacyjny na wyjeździe. Miałem po tym meczu takie myślenie, że jestem gotowy do grania w ważnych meczach i trener może na mnie liczyć. Podwyższyło mi to poczucie własnej wartości. 

Teraz zadam pytanie raczej niezwiązane z tym, o czym do teraz rozmawialiśmy, ale nurtuje mnie od tych siedmiu lat, od meczu ze Szwajcarią. Który strzał był dla Pana trudniejszy do wyjęcia: Derdiyoka z główki czy Rodrigueza z wolnego? 

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Myślę, że byłem wtedy w dobrym momencie, jeżeli chodzi o czucie się na boisku, miałem taki flow, że byłem na bardzo wysokim poziomie koncentracji i przychodziło mi to bardziej automatycznie. Więc nie zastanawiałem się nad tym, czy te strzały były trudne, bardziej skupiałem się na szybkiej reakcji. Zarówno jedna, jak i druga sytuacja były trudne, choć zupełnie inne. 

Wtedy w Polsce wszyscy zachwycali się duetem Pazdan i Glik. Mógłby Pan ich porównać do jakiejś innej pary stoperów, z którą Pan grał? 

Nie, myślę, że nie. „Pazdi” i Glik byli wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju. Mieli wysoki poziom zrozumienia, ogromnie się poświęcali, byli zdeterminowani, świadomi, z czym się wiąże granie dla reprezentacji. Było po nich to widać. 

Ogólnie z jakim stoperem przed sobą czuł się Pan najpewniej? 

Zawsze mam ogromne zaufanie do wszystkich obrońców, których mam przed sobą. Na pewno Ashley Williams mi pomógł, gdy poszedłem do Swansea. Pamiętam, że był to lider z prawdziwego zdarzenia. Głośna postać, bardzo dobry motywator, dużo rozmawiał na boisku. Miał bardzo fajne podejście do mnie jako bramkarza. Zawsze, kiedy coś mówiłem, podpowiadałem, on na to reagował, nie obrażał się na nic. Do tego dochodzą oczywiście względy czysto piłkarskie, bo w tym też był dobry. Bardzo dobry środkowy obrońca. 

Wróćmy do Euro. W pierwszym meczu wiadomo – grał Wojciech Szczęsny, ale jak Pan się czuł z tym, że Polska z Panem w bramce wyszła z grupy, nie tracąc gola? 

To na pewno był duży powód do satysfakcji, dumy, bo udało się wyjść z grupy i zagrać w fazie pucharowej pierwszy raz w historii. Później oczywiście był niedosyt, bo byliśmy blisko zajścia jeszcze dalej w tych mistrzostwach Europy, bo decydowały o tym tylko karne, w których akurat ja niezbyt pomogłem drużynie. 

Czy uważa Pan, że był jakiś moment, w którym Wojciech Szczęsny bronił dostępu do naszej bramki, ale to Pan był w lepszej formie? 

Myślę, że to by była na pewno subiektywna opinia, gdybym się teraz zdecydował na jakieś porównania, bo my zawsze jesteśmy oceniani przez trenera na podstawie jego obserwacji. Bywały różne momenty, czasami nie do końca się zgadzałem z jakimiś decyzjami. No ale to tylko moja opinia, każdy ma swój sposób patrzenia na to wszystko. Na pewno zawsze chciałem walczyć o miejsce, ale decyzja zawsze należała do trenera, mi tylko należało dostosować się do niej. 

W czasie rozmowy z Tomaszem Włodarczykiem mówił Pan, że dla Pana pożegnanie w reprezentacji byłoby w top 3 momentów w reprezentacji. Teraz Pan też wspomniał o meczu z Irlandią. Jakie momenty umieściłby Pan na podium? 

Mecz ze Szwajcarią, mój debiut z Arabią Saudyjską, bo debiuty zawsze są świetnym wydarzeniem. Jest kilka fajnych momentów. Mogę powiedzieć o zagraniu na mundialu, mimo że nie był on dla nas udany, ale sam fakt występu na mistrzostwach świata jest wielkim wydarzeniem. 

Mówił Pan też o tym, że spędzanie przerwy reprezentacyjnej na swoich zasadach bardzo się Panu spodobało. Ale jak było z pierwszym meczem reprezentacji oglądanym w telewizji? Dziwnie? 

Nie do końca. Byłem na to przygotowany, bo oswoiłem się z tą decyzją. Wiedziałem, w którym momencie chcę to zrobić i jak ta moja najbliższa przyszłość będzie wyglądała. Było fajnie. Teraz emocje, które towarzyszą mi przy oglądaniu meczów reprezentacji Polski, są kibicowskie i tak teraz do tego podchodzę. Powiedziałbym, że jestem na spokojnym, wyluzowanym etapie życia. 

Kiedy przylgnęła do Pana na kadrze ksywka „Dziadzia”? 

To już w samej końcówce. Kiedy „Piszczu” zakończył, Kuba miał problemy zdrowotne i nie przyjeżdżał na kadrę. No i to była już bardziej ekipa Bartka Bereszyńskiego, Jana Bednarka, Piotrka Zielińskiego, „Kamyk” też się pojawiał. Któryś z nich mi sypnął tę ksywkę. Przyjemnie to brzmiało, fajnie też było być przez jakiś czas częścią tej młodszej ekipy. Chcieli też się może mną zaopiekować, może wyglądałem na jakiegoś osamotnionego, bo moich dwóch największych przyjaciół w reprezentacji już nie ma. Może widzieli, że potrzebuję nowego towarzystwa, i wzięli tego staruszka pod swoje skrzydła. Miło z ich strony. 

Czego Pan najbardziej żałuje w swojej przygodzie z reprezentacją. Czy to były te karne na Euro? 

Tak. Żałuję, że podszedłem do nich tak bardzo emocjonalnie, nie byłem przygotowany do tych karnych. Jeżeli miałbym na temat rzutów karnych wiedzę, jaką mam teraz, mogłoby to pójść w zupełnie innym kierunku. 

Alphonse Areola nie chciałby być wiecznie zmiennikiem, też ma już 30 lat. Myśli Pan, że w tym sezonie nawet w lidze ta rywalizacja może być bardziej zacięta? 

Mimo że zostało parę dni do rozpoczęcia sezonu, trudno mi powiedzieć, kto będzie bramkarzem numer jeden. Każdy będzie walczył, dawał z siebie wszystko i trener podejmie decyzję. Gdyby patrzeć tylko i wyłącznie przez pryzmat wieku, co moim zdaniem jest błędne, to pewnie można by pójść w kierunku młodszej osoby. Ja jestem w dobrej dyspozycji, dobrze się czuję. Chcę odrzucić datę urodzenia na bok, bo to nie to się liczy, ale dyspozycja czysto sportowa. 

W wywiadzie z Jarosławem Kolińskim i w sumie też teraz Pan to przyznał, że przejście do Swansea było kluczowe. Jest taka możliwość, że jeżeliby Pan jeszcze w West Hamie pograł parę sezonów, to przeskoczy on Swansea w tej hierarchii? 

Sądzę, że będzie trudno. Zaufanie do mojej osoby w Swansea po naprawdę niełatwym czasie w Arsenalu, gdzie nie miałem takiego momentu, żeby dać pewność, że będę odpowiedni do regularnej gry w Premier League. Swansea w tamtym momencie wyciągnęła do mnie pomocną dłoń i to się opłaciło. Gdyby nie Swansea, wątpię, że byłbym w tym momencie, w którym jestem teraz, czyli cały czas jestem bramkarzem numer 1 w wieku 38 lat w West Hamie. Gdyby nie Swansea, to pewnie by się to nie wydarzyło. 

www.turnstyle.co.uk

Co wpłynęło na to, że West Ham tak podupadł z formą? Czy to mogło być spowodowane dodatkowymi meczami w Lidze Konferencji? 

Nie. Klub bardzo się zmienił, jeśli chodzi o personalia, charakter drużyny. To miało olbrzymi wpływ na to, jak ten poprzedni sezon wyglądał. W sumie mieliśmy takie przeświadczenie, że damy radę utrzymać się w tej lidze. Natomiast trochę czasu nam zajęło, żeby się ogarnąć pod względem mentalnym. Brakowało zrozumienia powagi sytuacji. Na początku sezonu niepotrzebnie zwlekaliśmy. Panowało myślenie na zasadzie „w następnym meczu się uda”. Później obudziliśmy się z ręką w nocniku, bo okazało się, że jesteśmy zamieszani w walkę o utrzymanie. Zrobiło się nerwowo. Moim zdaniem przeważyło to, że mieliśmy naprawdę mocną ekipę i doświadczenie z tego sezonu nie pozwoli nam popełnić tych samych błędów. 

Jest jakiś cel, który stawiacie sobie przed sezonem?

Od momentu jak pracujemy z trenerem Moyesem, cele są stawiane powiedzmy po środku sezonu, kiedy zdajemy sobie sprawę, w jakiej jesteśmy sytuacji, i wtedy trener nam mówi, co chce osiągnąć. Często też stawia takie czteromeczowe cele, ile chciałby punktów zdobyć w tych czterech meczach, nie chcąc wybiegać w przyszłość.  

Kiedy w zeszłym sezonie wyszliśmy z grupy w Lidze Konferencji, widzieliśmy, jak ta drabinka się układa, zaczęliśmy sobie ustalać jakieś cele. Natomiast w lidze miało to miejsce podczas przerwy na mistrzostwa świata. Trener wtedy przedstawił nam na takich właśnie czteromeczowych blokach, że chce w każdym bloku zdobywać po pięć punktów, bo to nam spokojnie pozwoli się utrzymać. 

Czy ten sezon, który będzie teraz, może stać pod znakiem stabilizacji w West Hamie? Bo raczej w ostatnich latach ten zespół się rozwijał, szedł do przodu, tylko poprzednie rozgrywki okazały się słabe. Teraz też zabraknie Declana Rice’a. 

Liczę, że tak. Niestety odejście Declana to dla nas ogromna strata, a na ten moment nie poczyniliśmy żadnych transferów do klubu. Na pewno jacyś zawodnicy przyjdą. Ten sezon właśnie może być na to, żeby ustabilizować się w lidze. Nie chcemy funkcjonować na zasadzie, że albo jesteśmy bardzo wysoko, albo bardzo nisko. Stabilność jest potrzebna. Na spokojnie chcemy przebrnąć przez ten sezon, nie wiem dokładnie, na co nas będzie stać, bo każdy sezon Premier League jest inny. Mam nadzieję przede wszystkim, że będzie on dla nas spokojniejszy niż ten poprzedni. 

W ramach zabawy wytypowałby Pan pierwszą czwórkę tego sezonu Premier League? 

Jest wiele ekip, które mogą walczyć o to. Jakbym miał typować, to tak: City, Arsenal, Liverpool i United lub Chelsea.  

Chce Pan kończyć karierę w Anglii? 

Nie wiem, zobaczymy, co przyniesie los. Ja na pewno chcę jeszcze parę lat grać w piłkę. Na pewno zakończenie tutaj kariery to byłby taki optymalny układ, ale zobaczymy, jak to moje życie piłkarskie się potoczy. 

Obecny kontrakt wygasa po sezonie. Kiedy zazwyczaj zapadała decyzja o przedłużeniu z Panem kontraktu? 

Różnie, nie ma reguły. Zdarza się bardzo szybko, czasami się czeka.  

Według Onetu ten poprzedni kontrakt miał klauzulę przedłużenia o rok, więc nie trzeba go było od nowa negocjować. Czy to prawda? 

Tak. Musiałem rozegrać odpowiednia liczbę spotkań. 

Ma Pan nadzieję na to, że uda się jeszcze Panu zagrać w Lidze Mistrzów? Taką drogą przez kuchenne drzwi może być Liga Europy. 

Może jeszcze będzie mi dane. Ogólnie to nigdy nie wybiegam mocno przyszłość. Tak jak mówiłem przed chwilą, życie jest nieprzewidywalne.  

Kiedy odchodził Pan ze Swansea po spadku, media informowały, że pierwsza oferta West Hamu została odrzucona. Był Pan zły? 

Nie wiem nic na ten temat. Nigdy nie słyszałem o takiej odrzuconej ofercie. 

W tym samym momencie bukmacherzy dawali niższe kursy na to, że trafi Pan do Bournemouth, a nie do West Hamu. Był temat tego klubu? 

Nie pamiętam. Trudno mi się odnieść, bo jeśli coś takiego miało miejsce, o czym nie wiem, to pewnie na poziomie zainteresowania moją osobą i nic więcej. 

Kiedy odchodził Pan z Legii, Arsenal był jedyny? 

Chyba tak, ale nie jestem pewien do końca, bo to było dawno. 

Wyobraża sobie Pan powrót do Polski na koniec kariery? 

Może coś takiego się zdarzy. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy coś takiego będzie miało miejsce. Tak jak mówiłem, życie jest nieprzewidywalne. 

Myśli Pan już, co Pan będzie robił po karierze. Często bywa Pan w Canal + przy okazji „Jej wysokości Premier League”. 

Sprawia mi to frajdę. Na razie się jednak skupiam nad tym, żeby grać w piłkę. 

Cały czas gra Pan w ping-ponga? 

Zdarza się, chociaż teraz mam na to mniej czasu. 

Ekstraklasa była mocniejsza dzisiaj czy kiedy Pan w niej grał? 

Wydaje mi się, że teraz. 

Komentarze
Kibic (gość) - 11 miesięcy temu

Dobry wywiad. Fajnie się czytało

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze