Jak nie tam, to gdzie? – należałoby się zapytać. Loris Karius chce odbudować swoją karierę w lidze, którą przecież tak dobrze zna. Ale czy faktycznie jest co odbudowywać, czy czasami nie zrobiliśmy z niego dobrego bramkarza na wyrost po tym, jak trafił na Anfield Road, a może to po prostu jest przeciętny golkiper, których na świecie są tabuny. Niemiec rozpoczyna roczne wypożyczenie do berlińskiego klubu.
Są na świecie piłkarze, którzy są zapamiętani tylko i wyłącznie przez syndrom jednego meczu. Mam na myśli zarówno bohaterów, jak i antybohaterów. I jeśli chodzi o tych drugich, to chyba nie ma na świecie lepszego przykładu niż Loris Karius. Dla Niemca najlepiej byłoby, gdyby finał Ligi Mistrzów z 2018 roku nigdy się nie odbył, bramkarz „The Reds” oddałby cały majątek za to, by nie udała się pogoń za Barceloną w półfinale, być może wtedy jego kariera potoczyłaby się zupełnie inaczej.
Jednak takie stwierdzenie jest dość odważne. Kariusowi błędy zdarzały się już wcześniej, a na jego tle kibice Liverpoolu zaczęli doceniać już nawet Simona Mignoleta. Gdy przechodził na Anfield w 2016 roku, wiele osób było zaskoczonych tym ruchem. Już wtedy wiadomo było, że raczej nie będzie to drugi Reina, tylko bardziej uzupełnienie do Belga.
Liverpool to za duże buty
Juergen Klopp zdecydował się podzielić to dość sprawiedliwie. Belg częściej bronił w lidze, Niemiec zaś w pucharach. Jednak głosy o tym, że najsłabszym ogniwem drużyny „The Reds” jest bramkarz, jak się pojawiały, tak nagle nie zniknęły. Niemiec był dość elektryczny i można było się spodziewać, że w końcu kiedyś ta bomba eksploduje, mimo to nikt nie zakładał, że nastąpi to w samym finale Ligi Mistrzów. Po tym meczu stało się jasne, że dla Lorisa Kariusa dłużej miejsca na Anfield Road nie będzie.
Juergen Klopp ściągnął Alissona Beckera, którego nawet nie wypada porównywać z Niemcem. Antybohater finału nie został jednak sprzedany, bo chętnych na niego zbyt wielu nie było, a jedynie wypożyczony do tureckiego Besiktasu Stambuł. W ciągu dwóch sezonów rozegrał tam 67 spotkań, w których zachował ledwie 14 czystych kont. Turcy jednak dopuścili się zaległości finansowych wobec Niemca i dalsza gra dla Besiktasu stała się niemożliwa.
Karius wrócił do Anglii, ale jasne było, że miejsca nadal dla niego na Anfield nie będzie. Pozycja Alissona jest niepodważalna, a i Adrian wydaje się lepszą opcją rezerwową niż Niemiec. Jednak sam Loris Karius twierdził inaczej i jeszcze w czerwcu hucznie zapowiadał walkę z Brazylijczykiem o pierwszy skład „The Reds”. Rzeczywistość jednak okazała się dla niego brutalna i jak widzimy, dość szybko się poddał. Liverpoolowi zależało na sprzedaży definitywnej, jednak chętnych znów zabrakło i musiał zaakceptować wypożyczenie.









