„Czujesz to? To napalm, synu. Nic na świecie tak nie pachnie. Uwielbiam zapach napalmu o poranku. Raz nasi bombardowali jedno wzgórze przez dwanaście godzin. Kiedy było po wszystkim… nie znaleźliśmy ani jednego trupa. Ten zapach: jak zapach benzyny. Całe wzgórze pachniało… zwycięstwem” – to cytat z filmowego hitu, „Czasu Apokalipsy”. Mecz finałowy Ligi Mistrzów był zagładą dla Atletico i prawdziwym zmartwychwstaniem dla Realu.
W takich chwilach przypominam sobie, dlaczego tak cholernie interesującym sportem jest piłka nożna. Ten mecz na początku zapowiadał się jako najbardziej nudne widowisko tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Było jednak tak jak w dobrym filmie – prawdziwe emocje mieliśmy w końcówce. Rekin w filmie „Szczęki” nie może wyskoczyć w drugiej scenie. Tak samo było w sobotni wieczór. Wszystko było jakby perfekcyjnie wymierzone, wyreżyserowane. Aż nie do wiary, że to wszystko tak hollywoodzko się ułożyło.

Co prawda, dla kibiców Atletico ten mecz był prawdziwym armagedonem. Nie myślę o tym filmie Micheala Baya z Bruce’em Willisem, ponieważ tam akcja zakończyła się de facto pozytywnie. Jeden poległ, ale reszta ocalała. Tutaj zabrakło kilkudziesięciu sekund do zwycięstwa. W 93. minucie meteor Sergio Ramosa trafił w bramkę Courtoisa i wtedy zaczął się koszmar.
Można było sądzić, że Atletico tanio skóry nie sprzeda i w dogrywce jeszcze ugryzie Real, ale mordercze tempo podopiecznych Diego Simeone kosztowało ich zbyt wiele i z każdą chwilą słabli. Wtedy Di Maria kapitalnie zasiał spustoszenie w polu karnym, jak gdyby wszedł w tryb slow motion i uderzył na bramkę, ale Courtoise odbił. W pogotowiu był jednak bardzo nieskuteczny tego dnia Bale, który tym golem zrehabilitował się na dobre.
Kiedy Atletico stało już w narożniku na miękkich nogach – Marcelo huknął sierpowym, a Ronaldo rzutem karnym dobił podbródkowym. Drużyna Diego Simeone runęła na ziemię, ale wynik 4:1 zupełnie nie oddaje przebiegu spotkania. Ktoś mógłby sądzić, że strzelano tylko do jednej bramki, tymczasem ta batalia ważyła się do ostatnich minut dogrywki i trochę niepotrzebnie została zabrudzona karnym Ronaldo, który notabene był w moim odczuciu największym przegranym tego finału. Strzelił gola, ale wcześniej nie pokazał NIC. Straty, niedokładne podania i jeszcze raz straty. Na koniec dostał prezent od defensywy Atletico, ale szczerze mówiąc, jeśli ktoś spodziewał się portugalskiego show, to Cristiano tegoż nie zapewnił.
Można śmiało powiedzieć, że w tym meczu było wszystko, czego w prawdziwym hicie można oczekiwać. Na początku szachy, później pierwszy cios, zwrot w akcji w końcówce, a później coś kompletnie niewytłumaczalnego. Mogę się założyć, że niebawem powstanie film na motywach tego meczu, ponieważ sam tylko przebieg spotkania zasługuje na Oscara. Przypuszczam, że sam Marlon Brando, który wypowiedział słowa rozpoczynające ten tekst, zagrałby główną rolę w tej produkcji. Pozostaje jednak pytanie, kto dziś wystąpił w roli głównej? Ramos? Bale?










