Wczorajszy dzień w LM wypadł bardzo obiecująco, dlatego dzisiaj wszyscy ostrzyli sobie zęby na pojedynki Man Utd z Villareal i Juventusu z Zenitem. Niestety kibice musieli oglądać bardzo przeciętne spotkania, a już szczególnie zawiodły angielskie drużyny: wyżej wymienione „Czerwone Diabły” i Arsenal, który ledwo uratował remis na Ukrainie.
Relacje warto z kolei rozpocząć od „polskiego” meczu, jak okrzyknięto pojedynek pomiędzy Celtic Glasgow a duńskim AaB. Goście na pewno nie przyjechali na Celtic Park z wielkimi nadziejami, dlatego remis uznają za wielki sukces. Tym bardziej, że może to być ich jedyny punkt w tej edycji Ligi Mistrzów. Dla nas najistotniejszy był jednak fakt, że naprzeciw sobie stanęli dwaj reprezentanci Polski: Artur Boruc i Marek Saganowski. I na ten temat nie ma nic więcej do powiedzenia. „Sagan” nie oddał ani jednego strzału, nawet niecelnego, a, jeżeli dobrze pamiętam, to Boruc w całym meczu nie musiał ani razu interweniować. Mecz był wprawdzie rozgrywany w szybkim tempie, jednak żadna ze stron nie potrafiła stworzyć sobie dogodnej sytuacji podbramkowej. Owszem, podopieczni Gordona Strachana mieli nawet rzut karny w 30. minucie gry, ale Bobby Robson wykonał go w fatalny sposób i Zaza bez problemów obronił strzał.
Mecz Manchesteru United z wicemistrzem Hiszpanii był zapowiadany jako jeden z najciekawszych w pierwszej kolejce Ligi Mistrzów. Taki jednak nie był. Mimo że gospodarze mieli optyczną przewagę, szans na zdobycie gola było jak na lekarstwo. A gdy już się takie trafiły, Owen Hargreaves albo Carlos Tevez (a właściwie najczęściej Carlos Tevez) nie trafiali w bramkę. Patrząc na to, że najciekawszymi momentami tego spotkania były strzały w słupek odpowiednio Guille Franco i Jonny’ego Evansa, za wydarzenie meczu należy uznać powrót po kontuzji Cristiano Ronaldo, który wszedł w drugiej połowie meczu. Jednak i on wyniku odmienić nie potrafił.
Francuski comeback
Jedyne spotkanie, które poziomem nie odbiegało od Pucharu Mistrzów, oglądać można było w Lyonie, gdzie tamtejszy Olympique podejmował powracają po latach do LM Fiorentinę. I ten powrót mógł wypaść kapitalnie, a to wszystko za sprawą nowego nabytku „fioletowych”, Alberta Gilardino, który po dwóch pięknych strzałach głową wyprowadził swoją drużynę na wyjazdowe 2:0. Gospodarze byli w niemałym szoku, który zakończył dopiero kwadrans przed końcem Piquionne, zdobywając z najbliższej odległości kontaktowego gola. Ostatecznie pięć minut przed końcem wyrównał Karim Benzema i Lyon mógł zachować resztki honoru. Fiorentini z kolei powinna sobie pluć w brodę. Ligą Mistrzów miała sobie powetować dość słaby początek sezonu w Serie A. Po raz kolejny się nie udało…
Zazwyczaj angielskie drużyny wracają z Ukrainy z kompletem punktów. Wyjątkiem od tej reguły jest jednak Arsenal Londyn, który wygrywa tam rzadko. „Kanonierom” nie udało się to i tym razem. Mało tego, podopieczni Arsene’a Wengera powinni się cieszyć z jednego punktu, który nomen omen wywalczyli rzutem na taśmę za sprawą kapitana i stopera Willa Gallasa, który niczym rasowy napastnik pobiegł pod bramkę przeciwników, „odnalazł” piłkę w polu karnym i dosłownie wbił ją do siatki. Arsenal w niczym nie przypominał swojej normalnej dyspozycji, ładnego i szybkiego futbolu. „Kanonierzy” grali wolno i niedokładnie, a kapitalne okazje marnowali Adebayor i van Persie. Dynamo z kolei momentami zaskakiwało wyszkoleniem technicznym, ale również było bardzo nonszalanckie w swoich podaniach.









