Na naszych łamach wielokrotnie pisaliśmy, że obecni beniaminkowie są zespołami na ten moment grającymi najładniejszą piłkę w polskiej ekstraklasie. Niestety nie zawsze ów styl był pragmatyczny, przez co ŁKS oraz Raków, pomimo tego, że grały bardzo ładnie, często gubiły punkty. Po dzisiejszym spotkaniu można podtrzymać tezę, iż są to najładniej grające drużyny.
Pech chciał, że w momencie, w którym obaj beniaminkowie zaczęli regularnie punktować, musieli wyjść naprzeciw siebie. Aczkolwiek ów pech z pewnością wyszedł na dobre kibicom. W szczególności takim, którzy są neutralnymi obserwatorami rozgrywek. Widowisko, jakie dały, przynajmniej w pierwszej połowie, obie drużyny było chyba najlepszym w tym sezonie. Tempo gry obu ekip było zadziwiająco wysokie. Po niespełna dwóch kwadransach ŁKS wygrywał 2:0, ale gdyby piłkarz rakowian Sebastian Musiolik wykorzystał w międzyczasie swoje okazje, to z pewnością do przerwy mielibyśmy remis.
W drugą odsłonę obie ekipy weszły znacznie spokojniej. Zarówno gospodarze, jak i goście z Częstochowy nie zamierzali zbytnio ryzykować. Wydawało się, że łodzianie w zupełności kontrolują wydarzenia na boisku. I nie było w tym żadnego przypadku. O ile bowiem w ostatnich meczach eksperci krytykowali podopiecznych Kazimierza Moskala za słabą grę w tyłach, o tyle w dzisiejszym spotkaniu, przynajmniej w drugiej połowie, ŁKS zagrał co najmniej poprawnie.
Szczęściu trzeba pomóc
W niedawnej przeszłości pisaliśmy o obu beniaminkach, że nie grają pragmatycznie. Szczególnie widoczne to było w grze częstochowian. Podopieczni Marka Papszuna wielokrotnie w tym sezonie grali naprawdę przyzwoity futbol, ale niestety nie był on zbyt skuteczny. Najczęściej miał na to wpływ fakt, że mieli oni ogromnego pecha. Z drugiej zaś strony, w futbolu należy robić tak, by temu pechowi zapobiegać.











