Nie będąc kibicem Liverpoolu, można raczej obiektywnie stwierdzić, że debiutancki sezon Brendana Rodgersa na ławce trenerskiej na Anfield Road do tej pory trzeba uznać za udany. Można się spodziewać tego, że facet z Irlandii Północnej nawet lekko zawyży oczekiwania na koniec sezonu. Jednak warto zastanowić się nad inną kwestią. Czy klub z Merseyside byłby w stanie godnie reprezentować Wyspy w przyszłorocznych najbardziej prestiżowych rozgrywkach klubowych na świecie, czy jednak drużyna nie jest jeszcze gotowa na to, aby rywalizować z zespołami ze Starego Kontynentu?
Wydaje mi się, że zespół ciągle jest w budowie i najprawdopodobniej poczekamy na to jeszcze co najmniej jeden sezon. Rodgers ostatnio błysnął na rynku transferowym, pozyskując dwóch boiskowych bystrzaków: Daniela Sturridge’a i Phillippe Coutinho. Ten duet ma być początkiem tworzenia silnej ekipy. Przynajmniej na wzór składu, który sprzed laty sporządzał Rafa Benitez. Raczej nie ma co tu porównywać byłego szkoleniowca Swansea do jego poprzednika, Kenny’ego Dalglisha, który nie miał jasnego pomysłu na przyszłość. Co więcej, pod wodzą Rodgersa Stewart Downing trochę sobie przypomniał, jak się strzela gole. Nie lada wyczyn.

Kiedy piosenkarz, czy też zespół muzyczny, wyda swój pierwszy album, wtedy fani będą oczekiwać czegoś lepszego. Tak samo tutaj. Następny sezon będzie dla Rodgersa większym wyzwaniem. Po rozgrywkach nie będzie mógł sobie zbytnio pozwolić na miesiąc miodowy. Oczekiwania kibiców będą wzrastać, a tym samym również problemy i dylematy w głowie Brendana.
Nie chodzi tu nawet o to, kogo by tu kupić, a raczej o to, kto musi zostać. Jednym z głównych zmartwień szkoleniowca będzie wmówienie Luisowi Suarezowi, że zbliżają się lata obfitujące w poważne sukcesy i on będzie jednym z tych, którzy mogą poprowadzić do nich drużynę. Reprezentant Urugwaju jest promykiem nadziei na to, że coś się ruszy. Wcześniej liderem Liverpoolu był Steven Gerrard, teraz trzeba szukać następcy i nie wypada wskazywać palcem, kto nim może być w najbliższym czasie. Jednak z drugiej strony, to nie może być one-man team, tylko po prostu jedenastu równo grających zawodników. Chodzi zwyczajnie o to, że nie można liczyć na jednego piłkarza, zwłaszcza takiego pełniącego role ofensywne. Ostatnio fala krytyki uderza w Tottenham. Tu drużyna jest zależna od Garetha Bale’a. W Liverpoolu taką osobą jest Suarez. Różnica polega na tym, że ekipa Andre Villasa-Boasa jest bardziej wzbogacona w piłkarzy z dużymi umiejętnościami oraz w konsekwencję gry i być może dlatego można sobie wyobrazić „The Spurs” bez Walijczyka.
Oczywiście, nie należy zapominać tutaj o zasługach kapitana reprezentacji Anglii, bo ten zawsze ma wpływ na swój zespół. Jednak trudniejsze stanie się życie, kiedy zabraknie Suareza, a nie Stevena. W tym sezonie w samej lidze Luis zaliczył już 22 trafienia. Liverpool ma na koncie 59 bramek. Dorobek procentowy wygląda na całkiem spory – 37% goli należy do Suareza. Doliczamy sobie cztery asysty i można powiedzieć, że Liverpool równa się pół Luisa. Aż prosi się o to, aby zachować taki talizman na dłużej.











