27 maja zbliża się wielkimi krokami, czas więc na ostateczne rozstrzygnięcia w Lidze Mistrzów. Już we wtorek i w środę dowiemy się, które drużyny z półfinałowej czwórki będą bliżej zaszczytnego występu w finale na Stadio Olimpio w Rzymie. Obsada w tym sezonie jest wyjątkowo mocna i naprawdę ciężko wytypować zwycięzców dwumeczu. Przeanalizujmy jednak szanse poszczególnych drużyn.
Jedno jest pewne. W wielkim finale na pewno wystąpi drużyna z wysp. Angielska Premiership po raz drugi z rzędu zdominowała rozgrywki Champions League. Identycznie jak w sezonie 2007/2008, w meczach półfinałowych mamy trzech przedstawicieli Premier League oraz Barcelonę. Różnica polega tylko na tym, że w tym roku zamiast Liverpoolu obejrzymy Arsenal.
Brak faworyta
Według notowań bukmacherów największe szanse na końcowy sukces ma przedstawiciel Hiszpani. „Duma Katalonii” ma złamać hegemonię Anglików i jest w tej chwili murowanym faworytem do końcowego sukcesu. Obserwując jednak powyższe rozważania, dochodzę do wniosku, że nie należy brać ich na serio. Po ostatnim remisie Barcelony na Estadio Mestalla mocno skoczyły notowania… Chelsea. Londyńczycy są bezpośrednim rywalem „Barcy” w walce o finał, a ich największym atutem ma być Guus Hiddink. Odkąd Holender pojawił się na Stamford Bridge, „The Blues” to kompletnie inna drużyna.
Zarówno Chelsea jak i Barcelona mają w Europie coś do udowodnienia. Oba zespoły przegrały swoje najważniejsze mecze zeszłorocznej edycji z obrońcą tytułu, Manchesterem United. „Czerwone Diabły” wyeliminowały „Barcę” w meczu półfinałowym, natomiast „The Blues” musiało uznać wyższość krajowego rywala w moskiewskim finale. Obie ekipy marzą o szansie na rewanż, z tym że taką okazję będzie mogła mieć zaledwie jedna z nich. Oczywiście tylko i wyłącznie w przypadku równoczesnego awansu ekipy Fergusona.
Problemy United
Ten drugi warunek niekoniecznie musi się spełnić. Manchester United wydaje się być w najsłabszej formie z całej półfinałowej czwórki. „Czerwone Diabły” nie grają już tak pewnie w obronie. To właśnie ta formacja jest w tej chwili największym problemem zespołu z Old Trafford. Po długiej serii fenomenalnych spotkań piłkarze najlepszego trenera ostatniego dziesięciolecia złapali mocną zadyszkę. Wprawdzie ligowe porażki z Liverpoolem i Fulham to już przeszłość, jednak nie da się ukryć, że Manchesterowi daleko jeszcze do formy choćby z przed trzech miesięcy.
Zupełnie inaczej ma się sytuacja „Kanonierów”. Wydaje się, że Arsenal, po dość przeciętnym sezonie, właśnie wrzucił piąty bieg. Od dwudziestu spotkań nie ma mocnych na podopiecznych Wengera. To właśnie „The Gunners” dwa tygodnie temu stworzyli do spółki z Liverpoolem najpiękniejsze przedstawienie roku, zakończone remisem 4:4. Mecz na Anfield pokazał, jak wielkie możliwości drzemią w piłkarzach francuskiego szkoleniowca. Jedynym zmartwieniem londyńczyków będzie nieobecność Andrieja Arszawina. Rosyjski pomocnik reprezentował już w tym sezonie barwy Zenita i w dwumeczu z Manchesterem United nie może zagrać.









