Liga Mistrzów to najbardziej prestiżowe rozgrywki klubowe na świecie. Większość kibiców z zapartym tchem ogląda kolejne spotkania tego turnieju. Sam jestem jednym z nich. Jednak jest pewna sprawa, której nikt nie zauważa. A ja od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy Champions League to faktycznie Liga Mistrzów?
Już za tydzień wraca tak długo wyczekiwana przez wszystkich kibiców Liga Mistrzów. Najbardziej ekscytujące i prestiżowe rozgrywki klubowe na świecie. Bo przecież tylko Champions League daje nam możliwość zobaczenia spotkań pomiędzy najlepszymi zespołami z Anglii, Hiszpanii czy Niemiec. W jakich innych rozgrywkach występują jednocześnie Real, Milan, Chelsea, Bayern i wiele innych czołowych europejskich zespołów? Taka liga jest tylko jedna – jest nią Liga Mistrzów.

Jednak mnie od pewnego czasu nurtuje pewna sprawa. Wydaje mi się, że nazwa „Liga Mistrzów” nie jest odpowiednia dla tego typu turnieju. Bo skoro mówi się Champions League – Liga Mistrzów – to ja się pytam, gdzie są ci mistrzowie? Dlaczego z każdej z europejskich lig krajowi potentaci nie mają zagwarantowanego udziału w Lidze Mistrzów? Dlaczego nie ma sprawiedliwości? Skąd ten cały podział na lepszych i gorszych? Najbogatsi mają po kilku przedstawicieli, natomiast biedniejsze kluby rzucane są w eliminacje, w których są zwyczajnie skazane na porażkę. I jak w tej sytuacji ci gorsi mają dogonić europejską czołówkę? Przecież największe pieniądze, tak potrzebne do rozwoju, leżą właśnie na boiskach Ligi Mistrzów. Tymczasem prawie cała pula co roku trafie na te same konta: do słonecznej Italii, na deszczowe Wyspy Brytyjskie, za naszą zachodnią granicę oraz w parę innych równie interesujących miejsc. Według mnie nie jest to do końca sprawiedliwe. Przecież już za sam awans do fazy grupowej dostaje się kilka milionów euro. Może dla zespołów z wyżej wymienionych krajów to ziarno w klubowym budżecie. Jednak są kluby, które mimo tego, że w rodzimych ligach zdobywają mistrzostwa, o takich pieniądzach mogą jedynie pomarzyć.
Już słyszę głosy krytyki mówiące, że nie mogę przeboleć braku polskich zespołów w Lidze Mistrzów. Odpowiem – jasne, że nie mogę tego przeżyć, a kogo to nie wkurza? Tylko że taki problem oprócz Polaków mają także kibice w wielu innych krajach. Problem z awansem do grona najlepszych klubów Europy ma wiele zespołów z różnych części naszego kontynentu. Zresztą nie trzeba daleko szukać. Czy ostatnimi czasy mieliśmy okazję podziwiać w Lidze Mistrzów najlepsze drużyny Estonii, Litwy czy Łotwy? Niestety, podobnie jak w Polsce, tamtejsze kluby są za słabe, by walczyć jak równy z równym z chociażby czwartym zespołem Premier League. Wystarczy porównać budżety średniaka Premiership i powiedzmy mistrza Węgier.
W dzisiejszych czasach piłka nożna to biznes. I trzeba sporo zainwestować, żeby były efekty. Jednak kto właduje swoje ciężko zarobione pieniądze w zespoły z Litwy czy Słowenii? Nikt nie zaryzykuje takiej operacji. Przecież, po pierwsze, nie ma gwarancji, że to się opłaci. A po drugie, najbogatsze i najpopularniejsze ligi są w Anglii, Hiszpanii czy Niemczech. I to tam wędrują inwestorzy. Można oczywiście wskazać przykłady Ukrainy albo Rosji, gdzie bogaci oligarchowie zainwestowali grube miliony w piłkę. Teraz zespoły z tamtejszych lig regularnie grają w Champions League. Jednak to są wyjątki.










