Temat Serbii ze względu na niedawny mecz naszej reprezentacji stał się dość popularny w mediach. Wprawdzie dotyczył reprezentacji, w której większość występujących w niej zawodników gra na co dzień w zagranicznych klubach, ale poziom Serbów świadczy także o jakości ich ligi. Rozgrywek zdominowanych od lat przez dwa kluby. Czy pomysł taki jak koszykarska Liga Adriatycka mógłby uratować rozgrywki ligowe w krajach byłej Jugosławii?
Spoglądaliśmy ostatnio na sytuację w serbskiej Super Lidze, w której praktycznie już wyłoniono mistrza. Zostanie nim Crvena Zvezda Belgrad, a drugi z wielkich serbskich klubów, czyli Partizan, będzie walczył, żeby zakończyć ligę na drugiej lokacie. Jest to sensacyjne rozwiązanie, gdyż w ostatnich latach dominacja „Partyzantów” była bezdyskusyjna.
Problem polega na tym, że dwa pierwsze miejsca są znane jeszcze przed rozpoczęciem sezonu, a pozostałym drużynom pozostaje walka o najniższy stopień podium. Wprawdzie może się zdarzyć sezon taki jak obecnie i Borac Cacak może na finiszu wyprzedzić fatalnego w tym sezonie Partizana. Jeśli jednak spojrzymy na to, w jaki sposób ligę zdominowała „Czerwona Gwiazda”, powstaje pytanie: jaki jest sens takiej ligi? Dobra passa 24 zwycięstw z rzędu (stan po 27 kolejkach) i stosunek bramek 80 do 18 mówią nam wszystko o przeciwnikach Crvenej Zvezdy.
Niestety zarówno dla graczy z „Marakany”, jak i dla ich lokalnych rywali dominacja w lidze nie ma żadnego przełożenia na sukcesy w Europie. Świetnie grający belgradczycy odpadli w pierwszym rozgrywanym przez siebie eliminacyjnym dwumeczu. Ich pogromcą okazała się drużyna z Kazachstanu – Kairat Ałmaty. Partizan zaprezentował się trochę lepiej. Wprawdzie bramy do Ligi Mistrzów zamknął mu BATE Borysow, ale dziewięć punktów w mocnej grupie Ligi Europy wstydu nie przynosi.

Z polskiego punktu widzenia tragedii nie ma. Czekamy na Ligę Mistrzów dłużej niż Serbowie, więc wydaje się, że nie mają oni powodów do narzekań. Jednak jeśli spojrzymy na potencjał zawodników, których Serbia seryjnie wypuszcza w świat, należy się zastanowić, dlaczego drużyny stamtąd już od dawna nie nawiązują do sukcesów z czasów, gdy istniała liga jugosłowiańska.
Nie jest to tylko problem Serbów. Dotyczy on także Chorwatów, Bośniaków czy Czarnogórców. Drużyny z Bałkanów przestały się liczyć w europejskiej piłce, a ich rola została sprowadzona do dominacji lokalnych lig i produkcji młodych talentów dla najsilniejszych lig. Stało się tak, dlatego że przez większość roku piłkarze Hajduka Split, Dinama Zagrzeb czy omawianych serbskich klubów zmuszeni są do grania na pustych stadionach w meczach bez większej stawki. Jaką mają mieć motywację gracze Crvenej Zvezdy w innych niż derby meczach? Przecież i tak je już wygrali. Pytanie, czy 3:1 czy 4:0.
Z podobnym problemem zmagały się kluby koszykarskie z tego regionu. Problem dominacji w rodzimych słabych ligach miał negatywne przełożenie na osiągane w pucharowych meczach wyniki. Wielu dobrych zawodników uciekało z lig krajów bałkańskich tam, gdzie nie tylko płacono lepiej, ale także grano o cokolwiek. Powołano więc Ligę Adriatycką, która pozwala na regularne granie z drużynami o zbliżonym poziomie. Projekt przechodził różne mutacje, ale niewątpliwie pomógł bałkańskiej koszykówce. Okazał się tak dobrym pomysłem, że wyszedł poza granice byłej Jugosławii (dzikie karty przyznano Maccabi Tel-Aviv i choćby drużynom z Bułgarii czy Węgier). Poziom rozgrywek zainteresował kibiców, telewizję i sponsorów, co przełożyło się oczywiście na finanse klubów.













