Byliśmy bardzo ciekawi, czy Legia Warszawa podniesie się mentalnie po niedzielnym laniu zaserwowanym przez Lecha Poznań. Powiedzmy tak: wygrała z Widzewem. Po bardzo słabym, koszmarnym do prawie ostatniej akcji meczu. Prawie, bo w tej ostatniej po zamieszaniu w polu karnym Rafał Adamski zdobył gola, który znaczyć będzie bardzo wiele w ostatecznym rozrachunku. Legioniści w tym roku punktują zbyt dobrze, żeby myśleć o nich jak o drużynie kandydującej do spadku.
Rozumiemy, że Legia i Widzew walczą o utrzymanie. Rozumiemy, że ambicje były inne i trzeba dostosować się do innych, nieoczekiwanych realiów. Jednak na litość boską, to, co ujrzeliśmy (na nasze nieszczęście) w piątkowy wieczór na stadionie Legii, zakrawało na farsę. To byłby kandydat do najgorszego meczu sezonu, gdyby nie fakt, że w końcu ten gol padł (i to w jakich okolicznościach).
Legia – Widzew: co to było?!
Oba zespoły bardzo nie chciały przegrać piątkowego spotkania. Niestety przełożyło się to na jakość na boisku. To był bardzo toporny i ciężkostrawny wyrób meczopodobny. Szkoda, bo zaczęło się dobrze, gdy już w 3. minucie gospodarze mieli swoją pierwszą poważną sytuację. Nsame wypuścił sprytnym podaniem Rajovicia, Duńczyk postarał się podczas strzału, ale czujność zachował Bartłomiej Drągowski, który sparował piłkę na rzut rożny. Kilka minut później Emil Kornvig postraszył kąśliwym uderzeniem zza „szesnastki”, które przeszło tuż obok słupka.
Potem był festiwal większych, mniejszych fauli. Tu Wiśniewski trafiony przez Rajovicia łokciem, tam stempel widzewiaka albo faul w środku pola przerywający akcję. Słowem: widać było, czemu Legia i Widzew znajdują się bliżej dołu niż czuba tabeli.
Legia – Widzew: kibice ratują honor tego wydarzenia
Doszło do tego, że honor musieli ratować kibice, w czym prym wiedli oczywiście gospodarze, którzy obchodzili swoje małe święto. Kilka opraw, trochę pirotechniki, poszła salwa sztucznych ogni… Łódzcy kibice w mniejszym rozmiarze, ale też umilili czas swoim minipokazem.
Dużo więcej emocji wzbudziło obserwowanie, jak Żyleta szykuje się do zaprezentowania swojej oprawy, a także kilku panów na dachu, którzy pomagali w koordynacji tego przedsięwzięcia. Naprawdę, to nie są żarty. Wszystko było ciekawsze niż to spotkanie. Obserwowanie schnącej farby na ten przykład.











